sobota, 30 stycznia 2016

Przejście przez strumień (17)

Czas wrócić do Tomasza. Rozpoznacie bohatera jego pracy doktorskiej?

Nasz ślub odbył się jesienią. Zwykła cywilna ceremonia, potem szampan w sali recepcyjnej urzędu dla tłumu zaproszonych gości. Koledzy teścia z małżonkami, koleżanki Wiery, jej współpracownicy, oczywiście także nasi wspólni znajomi, którzy trzymali się nieco na uboczu i szybko wyszli (...)

Ojciec zadzwonił, gdy wróciłem do Miasta.
- Matka źle się czuje, dokucza jej serce - powiedział z wyrzutem. - Dlaczego tak nas potraktowałeś? Jeśli musiałeś się żenić, zrozumielibyśmy to przecież.
- Nie musiałem, ojcze.
Kiedy to powiedziałem, zdałem sobie sprawę, że tak właśnie było: nie musiałem. Dlaczego więc to zrobiłem, dlaczego wstępowałem na wysokie schody USC jak na szafot? Kto mi kazał? Byłem jej to winien? A sobie? Co byłem winien sobie? Czyżbym zaczął się bać, że zostanę sam na starość, jak moje koleżanki, na ostatnich latach studiów prześcigające się w pomysłowym zastawianiu sideł? Przed czym uciekałem, by znaleźć się tu, gdzie jestem: w pułapce?
(...)
Znów pociąg. Patrzyłem przez okno, przybierając możliwie odpychający wyraz twarzy. Nie miałem chęci wymieniać banalnych uwag o rozkładzie jazdy i spóźnieniach pociągów, ani tym bardziej dzielić się z kimkolwiek refleksjami na temat sensu życia. Patrzyłem przez okno na pobielałe pola, na brunatne pasma bruzd, szarą mgiełkę nad horyzontem. Świeciło jeszcze słońce i łagodnie przenikało przez gałęzie drzew w brzozowych zagajnikach. Oddalaliśmy się od Miasta, od tamtego życia, od tamtej absurdalnej sytuacji, którą stworzyłem i która teraz ciążyła mi, jakbym był stuletnim starcem. Nie wrócę tam, pomyślałem, nie wrócę. I natychmiast zdałem sobie sprawę, że bredzę, co to za pomysł, ciekawe, co będę robił, porzucę posadę na uniwersytecie, żeby nauczać wiejskie dzieci historii? Ja? Z moimi możliwościami? To dobre dla ludzi bez ambicji, ale ja przecież zawsze zamierzałem zostać kimś. Kimś! Siądę i napiszę ten piekielny doktorat. Skończę dwa rozpoczęte artykuły. Tak będzie.
Wyszedłem na korytarz. Ciągle jeszcze nie nauczyłem się palić, ale chciałem rozprostować kości. W głębi korytarza kątem oka dostrzegłem krótkie blond włosy. Dziewczyna w jasnym kożuszka wchodziła do przedziału. Ruch jej głowy, ramienia... Podbiegłem: zdejmowała kożuszek i z ożywieniem rozmawiała z koleżanką. Zaśmiała się. Miała dołeczki w policzkach i była ładna, mogła mieć dwadzieścia dwa, trzy lata. Dostrzegła mnie przez szybę i przyjrzała mi się pytającym wzrokiem. Cofnąłem się gwałtownie.
Wróciłem do przedziału. Serce biło mi szybko i gniewnie. Usiadłem na swoim miejscu przy oknie i zasłoniłem twarz połą kurtki. Wszystko wróciło.
Nie minął nawet rok. Zaledwie siedem miesięcy. Co ja zrobiłem ze swoim życiem?
Kiedy wysiadałem na stacji w Zarzeczu, dziewczyna w jasnym kożuszka stała na peronie, jakby na kogoś czekała. Patrzyła na mnie. Przeszedłem obok, a później kątem oka sprawdziłem, co robi. Podniosła torbę i poszła sama w kierunku wyjścia (...) 
 
Myślałem o pracy doktorskiej. Teraz, bez przymusu, bez presji, jaką odczuwałem w Mieście - a był to głównie lęk przed pytaniem Szefa: kiedy zreferuje pan kolejny rozdział, panie Tomaszu? - mój bohater znów stawał się mi bliski. Przecież powinienem być wdzięczny Profesorowi, że pozwolił mi zająć się właśnie nim, magnatem i politykiem o wielkich ambicjach. Ta decyzja - książę L., nikt inny - jak wszystkie chyba moje decyzje podyktowana była emocjami. Liwia pisała o nim pracę magisterską i kiedy mówiła, że chciałaby go spotkać i lepiej poznać, że fascynuje ją jako pisarz i jako człowiek, poczułem to samo. Tylko czy tak należało uprawiać naukę? Historię?
Jakoś nie pasował do swojej epoki. Na pozór świetnie sobie radził, uprawiając własną politykę, będąc lojalnym wobec władców tylko wtedy, kiedy nie przeszkadzało mu to realizować własnych ambicji. Posłuszeństwo nie należało do jego cnót, miał to po ojcu, jeszcze bardziej zdeterminowanym. Co za nonsens, on miałby być posłuszny? Zdawał sobie przecież sprawę, że intelektualnie wyrasta ponad swoje środowisko; lojalność tak, ale tylko dopóty, dopóki nie szkodzi jego własnym interesom.
Dlaczego nie wykorzystał wtedy okazji, która mogła dać mu tron Węgier? Było to oczywiście ryzyko, wymagałoby sporo zachodu, ale to nie trudności go zniechęciły. Miał jakieś swoje rachuby, już wówczas? Bał się, że niewłaściwe alianse zaszkodzą jego planom na przyszłość?
Korona Polski? Dlaczegóż by nie? Nie lepsi od niego urodzeniem, a - nie oszukujmy się - głupsi zasiadali już na tym tronie. Więc dlaczego nie on, zwany przez szlachtę Salomonem?
Po cóż nadano mu drugie imię po greckim herosie?
A potem przyszedł ten moment, bezkrólewie, walka frakcji; liczył na to, że zostanie dostrzeżony, że jako kompromisowy kandydat pogodzi skłócone stronnictwa. Nic z tego.
Jak to przyjął? Świadomość, że dla tamtych, władców Europy, za mało znaczy? A dla swoich? Tutaj byli też inni, równie jak on ambitni, i mieli swoich popleczników, wiszących u klamek i gotowych na wszystko.
Był zbyt mądry. Motłoch nienawidzi intelektualistów. Co z tego, że go szanowali? Nie był swój. Za dużo wiedział, za dużo czytał. Śmiał ich pouczać. Choć zwolennik ówczesnej formy demokracji, potrafił ich przynajmniej raz powstrzymać przed zerwaniem sejmu. Jak to zrobił?
Był wielkim mówcą. To nie ulega wątpliwości.
Więc jak się poczuł, kiedy okazało się, że jego rachuby były mylne?
Zraniona ambicja. Gorycz. Żal, że nie wykorzystał - kiedyś, wcześniej - tamtej szansy? Zrozumiał, że życie rzadko ofiarowuje nam drugą okazję.
Więc pisanie. To zawsze było jego ucieczką. Stoicka filozofia, która dawała mu oparcie. Religia. Sztuka. Ogrody. Pałace, które budował dla niego holenderski architekt. Artyści i intelektualiści, którymi się otaczał. I pomnażanie majątku, już sporego.
Tenże mądrego ostatni koniec, jako i głupiego, pisał.
Wyobrażam go sobie: wysokiego, dumnego starca, pod koniec życia, które tyle mu obiecywało. Dostał wiele, ale nie to, czego pragnął. Czy zawsze tak jest?
Przecież miał prawie wszystko. Majątek, jeden z największych w Rzeczypospolitej. W młodości podróże. Potem stanowiska, zaszczyty. Uznanie jako pisarz.
Cień ojca? Słowo „zdrada” i wyrok skazujący na utratę czci, życia, majątku i urzędów. Bratobójcza wojna domowa, i śmierć: z wyczerpania, gniewu, upokorzenia? Mimo zwycięstwa. Syn bronił go, bo przecież czuł, że powinien. Moja sympatia też zresztą była po stronie ambitnego magnata: był mężem stanu, rasowym politykiem w przeciwieństwie do chwiejnego, podatnego na wpływy władcy, który nie lubił swoich poddanych (choć myśląc tak o nim czułem się, jakbym zdradzał mojego ulubionego w dzieciństwie pisarza, którego wizja historii bywała tyleż malownicza, co tendencyjna). I mój bohater otarł się o to samo: możliwość zdrady. Czy tamto synowskie doświadczenie powstrzymało go przed ostatecznym krokiem? Czy też świadomość, że wszystko to marność i w ostatecznej rachubie jedyne, co nas na pewno czeka, to śmierć?
Sarmacka Polska była krajem żołnierzy, nie filozofów. I choć pisarstwu zawdzięczał szacunek współczesnych, odnosił się do swojej twórczości z dystansem, zwąc ją „wczasami”. Jeśli wczytać się w jego pisma i spojrzeć na życie, ujawnia się nieoczekiwane - a może tego należało się spodziewać? - rozdwojenie. Cóż to za wódz i mąż stanu, co to za polityk, który mówi, powtarza z uporem, że należy się kontentować tym, co nam dano, nie dążyć do zaspokojenia pragnień i ambicji? Więc może nie tylko „wczasy”? Może pisarstwo było dla niego rodzajem psychoterapii - avant la lettre? Może pisząc jakoś godził się ze sobą i światem, tłumaczył swoje wybory? Nie tylko sobie, także innym.
Jego duma. Chyba jednak duma, nie pycha. Od heroizmu do sceptycyzmu, taką drogę wyznaczają jego utwory. Nie ma wątpliwości, że to jego własna droga, nawet jeśli czasem posługiwał się na niej myślami zapożyczonymi od innych.

Był fascynującym mężczyzną, mówiła Liwia. Tak, kobiety to porusza: siła i wrażliwość, ambicja i sceptycyzm. Ironia i pesymizm. A co mnie poruszyło?
Pisanie zaczęło się posuwać do przodu. Powoli obejmowałem całość, rysowały się wątki, argumentacja przybierała na sile. Kiedy rąbałem drzewo albo odśnieżałem podwórze, wszystko się układało w zgrabne zdania, precyzyjne sformułowania przychodziły jakby znikąd, z rześkiego powietrza na dworze, z porannego słońca, ostrożnie wyglądającego zza chmur. Szedłem na spacer wśród pól, brodząc w śniegu, widziałem zajęcze tropy, drobne ptasie stópki, czasem głębokie ślady ludzkie. Brakowało mi tylko psa.


© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

O mężczyźnie, który bał się kochać


"Co dzień zawdzięcza nocy"? Nie wiem. Może wszystko? Bez marzeń sennych zabłądzilibyśmy w teraźniejszości.

Junus / Jonas kocha, lecz ucieka przed miłością. Choć jest kochany, milczy. Na wyznania odpowiada ucieczką. Poddaje się iluzji lojalności wobec przyjaciela, ulega szantażowi byłej kochanki. Nie ryzykuje.

Czego się boi? Czy potężnego, nieposkromionego uczucia Emilie? Czy poczucia winy wobec przyjaciół? A może grzechu?
Ona jest pewna, że kocha. Wyznaje mu to wprost, oczekując odpowiedzi. On ucieka. Nie odważy się zadecydować o własnym szczęściu.

Jako stary człowiek pojedzie na grób ukochanej. Nic nie ma znaczenia. Ani żona, ani dzieci; może wnuki? Jest ona, odrzucona, dumna, umarła.

***
Szesnasty odcinek „Przejścia przez strumień” w ciągu 3 dni pobił rekord wyświetleń na blogu. Nie scena miłosna, nie młodzieńcza fascynacja.

Czy mężczyźni już nie okazują uczuć? Czy na ból reagują jedynie agresją lub ucieczką? Czy uciekają przed miłością, bo boją się ran, jakie im zada?

Tomek jest jak Junus: boi się Kobiety. Jego strach może być zrozumiały, bo ona, obiecawszy - w jego mniemaniu – wszystko, znika. Ból nasila więc poczucie winy. Własna bierność i lęk są nie do wybaczenia.

***
Anioła puściła kobieta, którą kochał.
Anioł pojechał jeepem w dolinę Spelonki. Łuski nie trzeba było szukać.”

Twardziele też umierają z bólu. Jak Anioł, Ange – na Korsyce popularne imię – charyzmatyczny instruktor legionistów, strzelec, płetwonurek. Bezkonkurencyjny w męskich dyscyplinach, bezbronny wobec miłości.

***
Po drugiej stronie bólu jest spokój. 
Za horyzontem jest drugi horyzont.
Sami decydujemy o sensie naszego życia.
Innego nie będzie.

_________________________
Yasmina Khadra  "Co dzień zawdzięcza nocy" przełożyła Bożena Sęk
Krzysztof Rutkowski "Dar Anioła"


niedziela, 24 stycznia 2016

Blask kamienia: W ogrodach Salagon


Jak Senanque wśród krzewów lawendy, Salagon wyrasta wśród łąk i pól, nieopodal wsi Mane, w sąsiedztwie Forcalquier, gdzie spędziliśmy maj 2008 roku, i gdzie jeszcze wrócę, choćby we wspomnieniach.
Przeorat Salagon powstał w XI wieku. Zbudowano kościół, a potem budynki klasztorne.



















Najciekawsza jest zachodnia fasada, zbudowana z muru ciosowego.













Romański portal o trzech parach kolumn, z motywem liści akantu na głowicach.



I subtelna dekoracja rzeźbiarska.

Rozeta w kształcie czterolistnej koniczyny ujęta jest w potrójną okrągłą ramę.











Wnętrze jest dziś puste - kościół do dawna nie pełni funkcji sakralnych, to muzeum.
 

Wokół budynków rozciągają się ogrody.






















Przejście przez strumień (16)

Nie wiedziałem, że nadszedł ten dzień. Obudziłem się po południu, wziąłem prysznic, szybko i powierzchownie posprzątałem mieszkanie. Wybiegłem z domu, w kwiaciarni kupiłem wielki bukiet czerwonych róż. Pojechałem do niej. Ciągle mieszkała na stancji, w tym samym domu, tylko teraz sama zajmowała większy pokój. Drzwi wejściowe były otwarte, zastukałem do jej pokoju, odpowiedziała mi cisza. Z niższej, piwnicznej kondygnacji, gdzie mieściła się kuchnia, usłyszałem jakieś odgłosy. Zszedłem. Pani Czesia mieszała coś w garnku. Na mój widok zrobiła okrągłe oczy. Zatrzymała wzrok na kwiatach.
- Nie wie pani, gdzie jest Liwia?
- Jak to, nie powiedziała panu? Wyprowadziła się. Gdzieś wyjeżdża, chyba za granicę.
Usiadłem na stołku. Wyraz mojej twarzy musiał ją zaniepokoić, bo bez słowa nalała kompotu do wyszczerbionego kubka i postawiła go przede mną.
- Dziękuję - kompot był ciepły i słodki.
- Nie powiedziała panu - skonstatowała pani Czesia.
- Wszystko zabrała? - spytałem z niedowierzaniem i jakąś absurdalną resztką nadziei.
Wyjęła z kieszeni fartucha klucz i podała mi.
- Niech pan sam zobaczy.
Poszedłem do pokoju. Zostało w nim kilka mebli, należących do gospodarzy. Wszystko wysprzątane. Ani jednego papierka, guzika, nic. Wybiegłem. Oddałem klucz i poszedłem przed siebie. Kwiaty rzuciłem za jakiś płot. Po drodze kupiłem dwie butelki wódki.

Zamknąłem mieszkanie. Wyłączyłem telefon. Jedną butelkę włożyłem do zamrażalnika, z drugiej odlałem setkę i z resztą zrobiłem to samo. Chciałem wyć. Zaciskałem zęby, żeby nie krzyczeć, zaciskałem pięści, żeby nie rozdrapać sobie ciała. Dlaczego? Dlaczego mi to zrobiła?
Wyłem. Leżałem na łóżku patrząc w sufit i wyłem. W pościeli był jeszcze jej zapach, nasz zapach. Zwinąłem prześcieradło i schowałem w nim twarz.
Zacząłem szukać proszków. Nic nie było. Wiera czasem łykała tabletki nasenne, ale jak na złość chyba zużyła wszystkie.
Chodziłem po mieszkaniu jak tygrys po klatce. Noc była długa, długa.
Obudziłem się po południu, chory. Wobec tak kolosalnych postępów medycyny to wstyd, że nie potrafią wymyślić lekarstwa na kaca. Zrobiłem coś, co nie zdarzyło mi się nigdy przedtem po piciu: poszedłem do Peweksu po wódkę. Znów piłem. Zacząłem płakać. Płakałem jak wtedy, kiedy byłem dzieckiem, tyle że bezgłośnie. Siedziałem na łóżku, mazałem się jak dzieciak i wycierałem twarz prześcieradłem. Obmyślałem sposób, by umrzeć.
Następna noc. Rano zobaczyłem w lustrze potwora o czerwonych oczach, czarnym zaroście i twarzy szaleńca. Śmierdziałem. Nie chciało mi się myć.
Odlałem się i wróciłem do łóżka. Obok stała bateria słojów z ogórkami, z których wypijałem kwas.

Obudziła mnie Wiera. Widocznie nie założyłem łańcucha.
- Co ty tu robisz? - wybełkotałem wchodząc nago do kuchni.
- Gotuję ci obiad - odpowiedziała z uśmiechem, choć przez jej twarz przemknął cień. - Będzie gotowy za kwadrans, może się ogarniesz.
Nic nie mówiąc poszedłem do łazienki. Stanąłem pod prysznicem i puściłem zimną wodę. Mój ryk musiał brzmieć strasznie, bo wpadła natychmiast do środka.
- Yyyyy - wrzeszczałem, stojąc pod lodowatym strumieniem.
Wyszła bez słowa.
Kiedy szukałem czegoś do ubrania, spostrzegłem, że już wysprzątała sypialnię. Ściągnęła z pościeli powłoczki, a kołdrę i poduszki powiesiła na balkonie. Otworzyła wszystkie okna. Higienistka, niech ją szlag!
Usiadłem przy stole. Pachniało zachęcająco, ale przy pierwszej próbie miałem odruch wymiotny. Ona nic, jadła skupiona, nie patrząc na mnie. Pomidorowa z makaronem, moja ulubiona zupa. Nie mogę jeść.
W końcu jakoś ją w siebie wdusiłem.
- Drugie potem. Idę spać - oświadczyłem. Poszedłem na kanapę i przykryłem się pledem razem z głową.
Tak wyglądały następne dni. Przychodziła po pracy, gotowała obiady, niewiele mówiła. Czasem wychodziliśmy razem na zakupy albo do kina. Wieczorem pytała ostrożnie, czy chcę, żeby została. Chciałem. Spaliśmy razem w łóżku, ale nie kochaliśmy się. Byłem wdzięczny, że przy mnie jest i nic nie mówi.
Potem powiedziałem, że jadę do babki na wieś. A ona, że już ma paszport i lada dzień pojedzie do Francji, skąd ma zaproszenie. I że wróci za dwa miesiące. Poczułem ulgę. 

Odcinek 15 

© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright. 

niedziela, 17 stycznia 2016

Przejście przez strumień (15)

Wtedy do mnie przyszła. Był koniec czerwca. Moje lokatorki wyjechały, Wiera była zajęta jakimiś swoimi sprawami. Byłem sam w pustym mieszkaniu, pisałem na maszynie kolejną wersję kolejnego rozdziału pracy doktorskiej. Nic się nie kleiło. Zbliżał się termin, w którym muszę ją oddać, inaczej mnie po prostu zwolnią. Zaczynało mnie to irytować. Po co mi to potrzebne? Dla kogo? Wtedy zadzwonił telefon.
- Tomku, jesteś sam? - usłyszałem.
- Tak, Liwio. Co się stało?
- Czy mogę do ciebie przyjść?
- Oczywiście, przyjdź. Czekam.
W pośpiechu starałem się uporządkować pokój, w końcu machnąłem na to ręką. Rozległ się dzwonek u drzwi.
Stała przede mną, opalona, jasnowłosa, w rozpinanej, długiej sukience w kwiaty. Na bosych stopach miała sandały. Pachniała czymś pięknym i patrzyła na mnie tym swoim smutno - radosnym, wyczekującym wzrokiem.
- Wejdź.
Zamknąłem drzwi. Nawet na łańcuch. Wyłączyłem telefon.
- Co robisz? - zapytała rozbawiona.
- Nie chcę, żeby nam przeszkadzali - powiedziałem. - Po raz pierwszy przyszłaś do mnie sama.
Patrzyła na mnie długo i uważnie. Cicho zapytała:
- Dostanę herbatę?
Kiwnąłem głową i poszedłem do kuchni. Ona za mną.
- Co u ciebie? - zapytałem.
- Koniec roku. Już po wszystkim. O to pytasz?
- Nie.
- O facetów? Karol zrozumiał, że nie znajdzie we mnie żony. Widziałeś, czego było trzeba, by mu to uświadomić?
- Zrobiłaś to w tym celu?! - krzyknąłem porażony.
Pokręciła głową. Wzięła tacę i poszliśmy do pokoju. Usiadła na kanapie, zrzuciła sandały i położyła stopy na sąsiednim fotelu. Patrzyłem na nie jak zahipnotyzowany.
- Nie - odpowiedziała na tamto pytanie. - Tak wyszło. Nie wiem, co się wtedy stało. To było jak trzęsienie ziemi.
- Jaki był dalszy ciąg?
- Och... - uśmiechnęła się. - Ma to, co mnie zawsze pociąga u facetów: mózg. Rozmowa z nim to rozkosz, jeśli nie jest bardzo pijany. Erudycja, złośliwość i chłopięcy wdzięk. I wiesz, jeszcze coś: ten facet ma talent. Ale w jego życiu nie ma miejsca dla mnie, a w moim dla niego, i oboje to szybko pojęliśmy - zakończyła. Milczała chwilę. - Powiedz raczej, co u ciebie?
- Wiera chce, żebym się z nią ożenił.
Przez jej twarz przebiegł cień, ale szybko zniknął.
- Oświadczyła ci się? - zakpiła. - Przepraszam. Nie moja sprawa.
- Chyba ma rację: coś jej jestem winien.
- Jeśli tak uważasz... Ale czy ty tego chcesz?
Milczałem pijąc herbatę. Liwia zmieniła temat. Zaczęła pytać o mój doktorat, o plany wakacyjne. Na pytania odpowiadała wymijająco. Potem podniosła się.
- Pójdę już.
Nie wiedziałem, jak się zachować. Żałowałem, że rozmowa zeszła na Wierę, czułem, że coś bezpowrotnie tracę. Wyszliśmy do przedpokoju. Liwia odwróciła się. Oparła się o ścianę i zapytała cicho:
- Nie kochasz jej, prawda?
Stałem przed nią jak kretyn, a przez głowę przebiegały mi wszystkie słowa, które kiedyś chciałem jej powiedzieć i kiedy tak stałem, milcząc, wstrząsnął mną lęk, że za chwilę ona odwróci się i odejdzie.
- Nie. Kocham ciebie - powiedziałem.

Opuściła torebkę na podłogę i dotknęła dłonią mojego policzka. Pocałowałem wnętrze tej dłoni, pochyliłem się i delikatnie ucałowałem jej usta. Odpowiedziała mi namiętnie i gwałtownie, jakby tylko na to czekała, przytulając się do mnie z jękiem, z płaczem niemal, z jakimś rozpaczliwym pragnieniem, którego siła mnie zdumiała, rozpinałem guziki jej sukienki, ona moją koszulę, pobiegliśmy do sypialni, zdejmowała mi spodnie, patrzyła rozszerzonymi oczami, całowała znów, chciałem ją pieścić, odsunęła moje dłonie, kochaj mnie, szeptała, chodź do mnie, błagam, chodź. Była gotowa, wilgotna i gorąca w moich ramionach, nie mogło to trwać zbyt długo, rozkosz była nagła i krótka. Leżeliśmy dysząc, przepra... zacząłem, położyła mi dłoń na ustach. Przytuliła się, kładąc głowę na moim ramieniu, jej ręka leniwie błądziła po moim brzuchu, wkrótce znów jej pragnąłem. Poczekaj chwilę, pobiegła do łazienki, po kilku minutach wróciła, z kroplami wody na skórze.
Patrzyłem jak szła, patrzyłem na jej wysokie piersi, na krągłe biodra i silne uda. Chcę cię zobaczyć, poprosiłem, więc stanęła, uśmiechając się, odwróciła się unosząc ramiona. Miała kształtne pośladki, Afrodyta Kallipygos, pomyślałem, Liwio, Liwio, dlaczego zmarnowaliśmy tyle lat, dlaczego ja je zmarnowałem, kochałabyś mnie, przecież wiem, że byś mnie kochała. Klęcząc przed nią całowałem, lizałem jej brzuch, łono, wchłaniałem woń wilgotnego zakątka, wchodziłem w nią, znów i znów, pragnąc jej coraz bardziej. 
W końcu poszliśmy pod prysznic, zgłodniali wyjęliśmy z lodówki coś do jedzenia. Przynieśliśmy to wszystko do łóżka i na przemian jedliśmy, karmiąc się nawzajem, i kochaliśmy się. Inicjowała coraz to nowe pieszczoty, zaskakując mnie; nie, to nie była rutyna zepsutej kobiety, to była radość, zabawa, fascynacja seksem. Kiedy ją pieściłem, poważniała, jej ciało napinało się, ciche jęki przechodziły w coraz głośniejszy krzyk; zasłaniała sobie usta dłonią, jej źrenice rozszerzały się, skóra różowiała. Patrzyłem na nią myśląc, co ja u diabła zrobiłem ze swoim życiem, dlaczego dopiero teraz...
Ile razy kochaliśmy się tej nocy? Mam wrażenie, że był to jeden, niekończący się akt miłosny. Chcę zasnąć z tobą w środku, wyszeptała. Będzie ci niewygodnie, powiedziałem. To nic, chcę cię czuć. Kocham cię, powiedziałem, zawsze cię kochałem... Zasłoniła mi usta. Nic nie mów, proszę... W jej oczach zobaczyłem łzy. To nic, nic, uspokajała mnie. Scałowałem łzy z jej policzków, ciepłe i słone. Odwróciła się do mnie plecami, pośpijmy trochę, powiedziała. Przytuliłem się do niej, obejmując ramieniem. Dobranoc, szepnąłem.
Rano nie usłyszałem, kiedy wstała. Obudził mnie pocałunek: była ubrana. Chciałem powiedzieć, że zaraz wstanę, zjemy śniadanie, zadzwonię do Wiery i powiem jej, że nie mogę się z nią ożenić, bo kocham inną. Liwia pochyliła się nade mną i pocałowała mnie w usta. Coś cicho powiedziała, coś, czego nie usłyszałem. I wyszła.
Pomyślałem, że przecież zobaczę się z nią potem, bo teraz już zawsze będziemy razem i uspokojony zapadłem w sen. 

© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

Przejście przez strumień (14)

Z tą nienawiścią obudziłem się nazajutrz rano. Wiera leżała obok mnie, cicho posapując. Poszedłem do łazienki. Węzeł w gardle dławił. Stanąłem pod prysznicem, letnia woda spłukiwała powoli znużenie i gniew, mieszała się ze łzami. I wtedy nagle przez gąszcz myśli: jak mogłaś mi to zrobić? jak mogłaś?! przebiła się jedna, rozpaczliwie oczywista i jasna. Skąd miała wiedzieć? Skąd miała wiedzieć, że rani nie tylko Karola? No skąd, idioto? A teraz jest już za późno.
Przy śniadaniu Wiera była jeszcze bardziej poważna niż zwykle.
- Chciałabym cię o coś zapytać - powiedziała nalewając sobie kawy.
- Słucham.
- Jakie masz wobec mnie plany?
Zamurowało mnie.
- Nie chcę do niczego cię zmuszać, ale dla mnie to ważne. Kończę aplikację. Zaczynam wyrabiać sobie nazwisko. O to właśnie mi chodzi. O nazwisko.
Teraz już wiedziałem, ale nadal nic nie mówiłem.
- Jesteśmy razem od 7 lat - stwierdziła.
- Z przerwami - zaznaczyłem.
- Nie bądź śmieszny. Nie sądzisz, że jesteś mi coś winien?
- To znaczy co?
- To znaczy ślub.
Milczałem.
- Nie nalegam, Tomku. Wydawało mi się, że jest nam razem nieźle. Zamierzam zarabiać na swoje potrzeby i nawet nie musimy mieszkać razem, póki nie ma dzieci, bo tak, jak jest, jest całkiem wygodnie. Nie myślę zresztą o dzieciach, najpierw muszę zdobyć pozycję, a to zajmie parę lat. Nie ukrywam, zależy mi na statusie. Jako panna nie będę wiarygodnym adwokatem. W takim kraju żyjemy.
- Czy muszę odpowiadać już teraz?
- Nie, ale nie każ mi długo czekać - zakończyła rozmowę.


© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.



Śmierć i muzyka

Co jest prawdą, a co fikcją w tej opowieści?
Co jest mistyfikacją, a co opiera się na dokumentach?
Kto jest kim?

Nie jest tak, jak nam się wydaje.
Opowiedziana historia wydaje się zmyślona, lecz zdarzyła się naprawdę.

Kompozytor tego utworu wcale go nie napisał.
Autor książki twierdzi, że zainspirował się prawdziwym wiolonczelistą, lecz go nie sportretował.
Twórca muzyki twierdzi, że odnalazł fragment utworu kompozytora i opracował go, a następnie wydał pod nazwiskiem tamtego.
A w dodatku na to wszystko brak dowodów.


***
Ta muzyka.
Słyszałam ją wcześniej, ale naprawdę przemówiła do mnie w kinie. Krótkim fragmentem.
R. powiedział: Musisz zobaczyć ten film, jest tam Adagio. Potem oglądaliśmy go razem.
To jest kulminacja filmu. Młodzi bohaterowie w łodziach desantowych.
Noc. I pierwsze dźwięki muzyki nałożone na odgłosy ognia artyleryjskiego. Rozbłyski eksplozji, coraz bliższy brzeg.
Nie ma odwrotu.
Już wiadomo, jak się to skończy. Gallipoli to ziemia święta Australijczyków,
Film Petera Weira oglądałam kilka razy. 

***
Wiolonczelista z Sarajewa naprawdę nazywa się Vedran Smailović i obecnie mieszka w Irlandii Północnej. Podczas oblężenia Sarajewa, po tym jak 22 osoby zginęły w kolejce po chleb, grał  wśród ruin Adagio Albinoniego. Tak go sportretował Mikhail Evstafiev .

***
Tomaso Albinoni nie skomponował Adagia g-moll na smyczki i organy. Zrobił to Remo Giazotto, opierając się na rzekomo znalezionym fragmencie partytury ze zniszczonej przez aliantów Biblioteki Drezdeńskiej. Wydał utwór pod nazwiskiem Albinoniego.
Dlaczego? Cóż, tym sposobem zapewnił utworowi nieśmiertelność.

***
Stephen Galloway napisał "Wiolonczelistę z Sarajewa" zainspirowany niezwykłym aktem bośniackiego artysty. W jego powieści jesteśmy w oblężonym mieście z Kenanem, ojcem rodziny idącym po wodę - każda taka wyprawa może skończyć się śmiercią. Z Draganem, którego żona i syn zdołali wyjechać, a on sam codziennie pokonuje obserwowane przez snajperów ulice, by zjeść choć jeden posiłek, by przeżyć. Jest tu Strzała, młoda snajperka. I jest grający w ruinach biblioteki wiolonczelista, jasny promień w codziennym strachu, głodzie, rozpaczy.

***
Vedran Smailović przeczytał książkę, gdy już została wydana - Galloway nie skontaktował się nim podczas jej pisania. Muzyk poczuł się odarty z prywatności, wykorzystany.
Pisarz argumentował, że wykonywanie muzyki przez Smailovicia miało charakter publiczny, a postać samego wiolonczelisty w powieści nie  jest jego portretem.

***
Bardzo to piękna powieść i bardzo smutna. Jak łatwo zwyczajne życie może zamienić się w piekło, jak szybko to, co wydaje się nam oczywiste, może stać się luksusem. Jak zrozumieć, że ludzie giną za bochenek chleba, za butelkę wody...
W takim świecie rozdzierająco piękna muzyka Giazotta / Albinoniego pozwala na chwilę zapomnieć, gdzie jesteśmy. I ta chwila zapomnienia może kosztować życie.

***
Czy sztuka niesie ocalenie?
Tak. Choć na chwilę.

_________________________
Steven Galloway The Cellist of Sarajevo (Wiolonczelista z Sarajewa) przełożył Łukasz Witczak
Peter Weir Gallipoli 1981


niedziela, 10 stycznia 2016

Przejście przez strumień (13)

  
Czym można było zajmować się w tamtych czasach? Jakie to przyjemniejsze zajęcia na mnie czekały? Wódka? Praca? Kobiety? Z tych ostatnich pozostała przy mnie Wiera; początkowo przygaszona, szybko się odnalazła. W końcu fakt, że jej papa był przy władzy, nie określał jej samej w żaden sposób. Przyjęła sprytną taktykę: nie dyskutowała o polityce, a i w jej obecności nikt się do tego nie kwapił. Zjednywała sobie ludzi spokojem, taktem i smakołykami, które kupowała w Peweksie za pieniądze tatusia. Mnie też kupiła, załatwiając wakacyjne wyjazdy do Bułgarii. Życie z nią było proste, żadnych wyzwań, wszystko łatwe do przewidzenia. Mogłem spokojnie pisać rozprawę doktorską, czytać, pić. Wypiliśmy wtedy morze wódki.
Czasem spotykałem Liwię. Naszych kontaktów nie cechowała już taka serdeczność i bliskość, jak kiedyś, ale jakby częściej spotykaliśmy się przypadkowo. Nie było o to trudno: po kilkumiesięcznej posusze w kinach pojawiały się coraz to nowe filmy, zaczęły się koncerty, balangi. Mieliśmy wspólnych znajomych, a czasy sprzyjały życiu towarzyskiemu. Kręcili się wokół niej jacyś faceci; zachowywała się tak, jakby jej to było całkiem obojętne. Zerwała z Markiem, nie zamierzała wracać do rodzinnego miasta.
Kiedyś przedstawiła mi mężczyznę, z którym była od niedawna; nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, choć widziałem, że jest w nią wpatrzony - a może właśnie dlatego? Ona odnosiła się do niego żartobliwie i nieco protekcjonalnie. Nie czuł się dobrze w naszym gronie, miałem wrażenie, że nie rozumiał naszych dowcipów. Może myślał, że się z niego śmiejemy? Nie pojmowałem, dlaczego Liwia spotyka się z kimś takim. Przyszło mi do głowy, że była już zmęczona. Że dla odmiany po tych wszystkich intelektualistach potrzebny jej był tak zwany normalny facet, którego będzie prowadzać na pasku i używać do swoich celów. Nie byłem tylko pewien, jakich.
- Wyobraź sobie, Tomciu, że mnie bawi - powiedziała, gdy w końcu zapytałem wprost, co przy niej robi ten gość. - A wiesz, co jest najzabawniejsze? Po tygodniu znajomości Karol rzekł do mnie tak: teraz będziemy się poznawać, a za pół roku oświadczę ci się, bo chcę mieć żonę i dzieci, a w przyszłym roku mam dostać mieszkanie.
- Co w tym zabawnego?
- Zgadnij.
- Chcesz za niego wyjść? - spytałem niemal bez tchu.
- Oszalałeś!
- Jesteś potworem. Po co to robisz?
Posmutniała.
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - To nie jego wina, że nie jest zbyt bystry. Cóż, takie jest prawo dżungli. Żal ci go? A mnie ci nie żal?
Zakręciła się i odeszła, machając na pożegnanie ręką.

Miał na imię Mikołaj. Dobrze pamiętam tę majową prywatkę u Ewy i Piotra. Duża impreza składkowa, każdy coś przyniósł. Liwia z Karolem, ja byłem z Wierą. W sumie kilkanaście osób. Kilkorga zaproszonych brakowało, mieli zjawić się później, wśród nich brat pana domu, wokalista grupy rockowej, zdobywającej szybko popularność. Spóźniał się, tego wieczoru miał koncert, a po koncercie, wiadomo... Ale przyjdzie na pewno, spokojna głowa.
Muzyka była świetna, najnowsze hity plus słodkie lata siedemdziesiąte. Liwia ścięła włosy. Z krótkimi, lekko falującymi wokół twarzy, wyglądała jak dziecko. Miała na sobie czarną, trykotową sukienkę, krótką i odsłaniającą ramiona. Czarne szpilki na bardzo wysokich obcasach i chyba żadnej bielizny, tylko rajstopy.
Tańczyła. Tańczyła solo, nie pozwalając się prowadzić nikomu, choć zmieniający się partnerzy próbowali ją sobie podporządkować, w końcu jednak rezygnowali i patrzyli zafascynowani na ekstazę, której się poddawała. Jej ciało dyktowało własny rytm, nie istniały żadne reguły, żadne kroki taneczne. Tańczyła siebie, tańczyła swoją radość, swoją rozkosz, swój smutek i najgłębszą rozpacz. Tańczyła wszystkie stracone miłości i te, które się spełniły. Tańczyła swój lęk i zachwyt z zarumienioną twarzą, ze lśniącymi oczami, z włosami wilgotnymi od potu.
Patrzyłem na nią i zaciskałem dłonie na poręczy fotela, by do niej nie podejść, nie porwać jej stąd, zostawiając Wierę, Karola i całą resztę, porzucając to wszystko zabrać ją stąd i wreszcie powiedzieć to, co było do powiedzenia, co powiedzieć należało już przed laty. A potem...

Zbliżała się północ.
- Zaraz przyjdzie Mikołaj - powiedział pan domu.
- Przyniesie prezenty? - zapytała Liwia, biorąc od niego szklankę soku.
Ryknęliśmy śmiechem.
Liwia usiadła w fotelu, na wprost drzwi. Piotr jej asystował, wyraźnie porażony jej tańcem. Wtedy rozległ się dzwonek.
W przedpokoju zapanowało zamieszanie. Kilka osób witało się z przybyłym. Podpity Karol wyszedł zobaczyć, co się dzieje.
- A, pan artysta - usłyszeliśmy jego bełkotliwy głos.
Przybysz odpowiedział bluzgiem. Liwia siedziała nieporuszona. Piotr pochylał się nad nią pytając, czy chce jeszcze pić. Wtedy w drzwiach stanął Mikołaj.
Widziałem wtedy jego wzrok. Tak się patrzy na coś, czego istnienie wydawało się nam niemożliwe. Tak się patrzy na coś wyśnionego i upragnionego, na najpiękniejszą, wymarzoną zabawkę pod choinką. Stał tam w okrągłych okularkach, z tą swoją buźką smarkatego łobuza, i patrzył na nią. A ona siedziała, nogę założywszy na nogę; jej obnażone ramiona lśniły w przyćmionym świetle, a półuśmiech wydobywał nieśmiałe dołki w policzkach.
- Liwio, poznaj mojego brata - powiedział Piotr.
Mikołaj wziął jej dłoń, pocałował, lecz jej nie wypuszczał. Patrzył na nią. Bez słowa podniosła się i poszli na parkiet. Nie tańczyli. Objął ją mocno i trzymał w ramionach, drżąc; czułem jego drżenie. Tak się trzyma coś, co pragnie się zatrzymać wbrew wszystkim, wbrew światu. Coś lub kogoś, od kogo zależy nasze życie. Stali tak przytuleni długo, bardzo długo: może dziesięć, może piętnaście minut. Wszyscy zaczynali czuć się nieswojo. Muzyka ucichła, oni nie drgnęli. Piotr zmienił taśmę na coś szybkiego. Oni poruszali się powoli, nie dbając o rytm. Zaczęli cicho rozmawiać, mówili sobie coś szeptem do ucha, śmiali się.
Wiem, że nie znali się przedtem. Byłem zdruzgotany.

Z salonu prowadziły drzwi do gabinetu Piotra. Były uchylone. Liwia i Mikołaj zeszli z parkietu trzymając się za ręce i weszli przez nie. Nie zamknęli ich za sobą: zostawili tak, jak były. Karol siedział przy stole i pił kieliszek za kieliszkiem.
Tego co się potem działo, nie widziałem. Ale wiem: byliby skłonni kochać się tam, na podłodze. Nie zrobili tego. Ona usiadła w bujanym fotelu, on na dywanie. Powiedział:
- Zdejmij pantofle.
Całował jej stopy. Chciał podrzeć jej rajstopy i prawie mu się to udało. Klęcząc przed nią całował wnętrze jej dłoni, ramiona, dotykał nagich piersi pod cienką sukienką. Jego usta były zachłanne, a pożądanie tak silne, że nie była w stanie mu się oprzeć. I tylko dlatego, że chciała przedłużyć oczekiwanie, mówiła: nie, jeszcze nie.
Wiera stwierdziła, że czas iść. Gdy zajrzałem do gabinetu, by się pożegnać, uderzył mnie wyraz twarzy Liwii, jej nieprzytomne, nieobecne oczy. Ból stał się jeszcze dotkliwszy, zmieniał się w nienawiść. 
 

Odcinek 12


© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

Chwila w San Miniato

Z Vinci wypędza nas wichura. Nie pada jednak, więc jedziemy dalej.
San Miniato leży na trzech wzgórzach, to strategiczna lokalizacja.
Miejsce zamieszkiwane już w czasach paleolitu, później siedziba Etrusków, Rzymian, Lombardczyków, Niemców - stąd przydomek "al Tedesco".

Do starej części miasta idziemy pod górę parkową aleją. I tu niespodzianka!

 Arturo Gallerini i jego pies Parigi.
Oraz dwuipółkilogramowa trufla znaleziona przez nich w 1954 roku.
 Pomnik znalazców ogromnej trufli budzi silne emocje naszych suk! Obszczekują go z zapałem.


Plac obok katedry jest cudownie spokojny.

Trudno uwierzyć, że to powszedni dzień.











Miasteczko to gotowe dekoracje do filmu kostiumowego.

























Szkoda, że nie możemy zostać dłużej...



Przejście przez strumień (12)

Dać jakiś znak. Nie wiem, dlaczego ani wtedy, ani później nie zdobyłem się na to. Na co czekałem przez następne lata, spotykając się z Wierą, trwając w związku, który stopniowo się wypalał - choć nigdy nie był naprawdę gorący - aż stał się przyzwyczajeniem i rutyną; na co czekałem i dlaczego wahałem się za każdym razem, gdy spotykałem Liwię... powiedzieć, zapytać, wyznać. Nie odważyłem się.
Czy to był lęk przed władzą, jaką mogła mieć nade mną - a póki nic nie mówiłem, wydawało mi się, że nie oddaję jej tej władzy - czy obawa, że rozczaruje się mną, jak tamtymi, że zacznie myśleć o mnie tak, jak myślała o tamtych: dlaczego mnie zadręczają swoimi uczuciami, nie mam im nic do zaofiarowania, nic im nie jestem winna... Jest tyle innych kobiet, czemu mi nie dają spokoju?
Czasem zdawało mi się, że patrzy na mnie z jakimś wyczekiwaniem, wahaniem. Kiedy byłem zajęty rozmową z kimś innym, czułem na sobie jej wzrok. Nie wierzyłem, by to mogło coś znaczyć.
Tyle wieczorów spędziliśmy razem w kinie, na koncertach, na spektaklach alternatywnych teatrów. Tylekroć śmialiśmy się w głos, idąc wieczorem pustą ulicą, siedząc w parku na trawie, biegając boso w deszczu. Tyle razy szliśmy razem na wódkę czy piwo i nigdy nawet nie zająknąłem się...
Ciągle gdzieś w pobliżu była Wiera. Kończyła prawo. Miała wielkie ambicje, aplikacja adwokacka, potem własna kancelaria, duże pieniądze. Była przeciwieństwem Liwii, poza inteligencją. Chłodny intelekt, dystans i żadnych emocji na zewnątrz.
Nie zależało jej szczególnie ani na wyrazach uczucia, ani na seksie. Ważne było chodzenie razem do znajomych: nie jestem sama. Nie angażowała mnie. Bywała u mnie rzadko, zajmowała z ojcem duże mieszkanie w śródmiejskiej kamienicy. Jej matka zmarła przed laty, a ojciec był małomównym, oschłym mężczyzną, urzędnikiem partyjnym.
Po studiach udało mi się zostać na uczelni. Nie było to łatwe, ale doceniłem swoje szczęście. Tym większe, że trafiłem do zakładu, w którym panowały normalne stosunki międzyludzkie, żadnych intryg czy dworactwa. Rozglądając się wokół dopiero teraz dostrzegałem, że moje marzenia o uniwersyteckiej krainie mędrców nijak się miały do rzeczywistości. To, co widziałem wokół, bywało śmieszne, a czasem straszne. Nie, nie było normą, ale zdarzało się i szybko zyskiwało rozgłos: najniewinniejsza droga awansu, dostępna panienkom, wiodła przez łóżko szefa, a nie była to droga łatwa, bo oprócz plotek i znaczących spojrzeń oznaczała też rezygnację z życia osobistego i lęk, jako że łaska pańska, jak wiadomo, zwykła jeździć na pstrym koniu. Faceci oczywiście bawili się inaczej, bywało to mniej widoczne, aczkolwiek skuteczną strategią, zwłaszcza na niektórych wydziałach, było wstąpienie do organizacji partyjnej. Spośród moich kolegów kilku jeszcze na studiach zapisało się do PZPR. Kiedy jednego zapytałem wprost o motywy, spojrzał na mnie z oburzeniem: no wiesz! Oczywiście, że robię to z przekonania. To jedyna słuszna droga! Ten sam gość miał wkrótce potem demonstracyjnie oddać swoją legitymację - oczywiście w momencie, kiedy robili to prawie wszyscy - ochoczo rozlepiać ulotki i brać udział w zadymach, aż do momentu, gdy okaże się, że właśnie czeka w Traiskirchen czy innej Latinie na wizę do Kanady, on, prześladowany za przekonania działacz „Solidarności”.
           Początkowo stałem z boku i robiłem swoje. Cieszył mnie kontakt ze studentami, niewiele ode mnie młodszymi, lubiłem godziny spędzone w czytelni albo w domu na pisaniu i lekturze. Wyobrażałem sobie, że zawsze będzie tak, tylko coraz lepiej: kiedyś będę szanowanym profesorem, autorem książek, ojcem rodziny. Będę podróżował, zdobędę sławę i pieniądze. Te ostatnie jakoś tak mimochodem, nie jako cel, lecz zaledwie środek do realizacji pragnień. Życie obiecywało mi wszystko i uwierzyłem mu.
Robert też pracował na uczelni. Ożenił się i w krótkim czasie został ojcem. Nie przeszkodziło mu to w błyskawicznym pisaniu pracy doktorskiej.
Dla Liwii zabrakło miejsca na uniwersytecie. Od początku się z tym liczyła, ale było jej przykro. Nie chciała wracać do rodzinnego miasta. Znalazła pracę w szkole, nadal wynajmowała pokój i jakoś wiązała koniec z końcem. Widywaliśmy się rzadziej niż kiedyś i stopniowo, zdawało mi się, zapominałem o niej.
Wtedy zaczęło się to, co miało po latach doprowadzić do „upadku komuny”. Pewne oznaki pojawiły się, jak wiadomo, wcześniej, ale siła i tempo wydarzeń zaskoczyły nas wszystkich. Zaczęła się „Solidarność”. Masowość deklaracji i panująca atmosfera - kto nie z nami, ten przeciw - sprawiły, że porzuciłem swoją splendid isolation i zaangażowałem się w to wszystko.
Nie miało dla mnie wówczas znaczenia, co robię: gotów byłem robić cokolwiek, także biegać po mieście z ulotkami, choć tym akurat chętnie zajmowali się młodsi ode mnie. Dałem się porwać fali entuzjazmu, przekonany, że wszyscy czują to samo, co ja. Trudno zresztą było nie dać się porwać, wydawało się, że nagle cały nasz leniwy i chciwy naród został przerobiony w aniołów. Tłumy na wykładach z historii: to robiło wrażenie. Niezależne wydawnictwa pracowały pełną parą.
Zdumiewała bezradność władzy, nawet ja, historyk, dałem się na to nabrać; nie wiem, jak to było możliwe. Pozornie ustępując, coraz silniej zwierali szeregi.
Moi rodzice stali nieco z boku, przyjaźnie kibicowali, nie angażując się. Ojciec nie miał złudzeń, ale uważał, że przyzwoity człowiek powinien się opowiedzieć. Nie ulegało wątpliwości, po której stronie. 
 
A Liwia? Nie zrobiła nic.
Niosłem właśnie plecak pełen ulotek, które miały być rozkolportowane na uniwersytecie. Szła ulicą, uśmiechnięta. Była wiosna, a ona w długiej, zielonej sukni w kwiaty wyglądała jak z obrazu Botticellego. Stanąłem jak wryty.
- Gdzieś wyjeżdżasz? - zapytała patrząc na mój bagaż.
Pokręciłem głową.
- A, makulatura - zadrwiła. - MPO nie nadąża. Ale przynajmniej mam co czytać, stojąc na przystanku.
- Jak możesz być tak cyniczna?! - oburzyłem się.
- Rany, straciłeś poczucie humoru. To się narobiło - wzruszyła ramionami.
- Czy nie rozumiesz, że trzeba się opowiedzieć po właściwej stronie? - nalegałem. Nie wiedziałem dotąd, że mam takie apostolskie zapędy.
Patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Czyżbyś próbował mnie zwerbować? Daruj sobie. Nie mam skłonności do życia stadnego.
- Jesteś po stronie czerwonych?
- Nie, Tomciu. Jestem po swojej własnej stronie.
- Czy nie rozumiesz.... - gorączkowałem się.
- To ty nie rozumiesz - przerwała mi. - Niczego się nie nauczyłeś na tych swoich studiach? Twoja naiwność zwala mnie z nóg.
- Ja to nazywam przyzwoitością - powiedziałem urażony.
- Syneczku, to testosteron. Trzeba wypuścić parę. Ale ty, stary chłop, powinieneś wiedzieć, że są przyjemniejsze sposoby. A skoro już upierasz się przy partyzantce, to zostań przynajmniej dowódcą, a nie mięsem armatnim.
Patrzyłem na nią nic nie rozumiejąc. Jak mogła tak drwić z ideałów, które uważałem za swoje? Pożegnałem ją chłodno.
Do tej rozmowy często wracałem w myślach. Stopniowo opadała ze mnie wściekłość. Nie, żebym przyznawał jej słuszność. Trudno było pogodzić się z bólem, jaki mi zadała. Właśnie ona.
Wolałem być naiwny niż cyniczny, choć czasem ogarniały mnie wątpliwości. Może rzeczywiście nie jestem typem partyzanta. Może to nie jest moja życiowa rola. Obserwując rozgrywki personalne w ruchu, który miał służyć czystym ideałom, patrząc, jak dochodzą do głosu i pną się w górę ludzie, którzy zmieniali poglądy polityczne zależnie od kierunku wiatru, powoli i niechętnie dopuszczałem do siebie przykrą myśl, że może Liwia miała rację. Ale... Przecież ktoś powinien to zrobić, a rewolucje niosą ze sobą ofiary. Tryumf barbarzyńców, przypomniałem sobie jej słowa. A ci, co nami rządzą, to kto?! Ta rewolucja nie miała być tryumfem barbarzyńców. Dlatego mój udział w niej był niezbędny, choć nie odpowiadała mi rola mięsa armatniego. Myślałem o sobie raczej jako o chorążym: Ich trage die Fanne. Matko, chorągiew noszę. To było posłannictwo, to było spełnienie marzeń każdego dorastającego chłopca: barykady, powstanie, opór przeciwko narzuconej władzy.
Co prawda, myślałem, nie jestem już chłopcem. Nie miałem, jak się okazało, talentów oratorskich i zdolności interpersonalnych, które pozwoliłyby mi zdobyć pozycję w ruchu, który szybko tworzył własne, wbrew pozorom silnie zhierarchizowane struktury. Cóż, faktycznie byłem mięsem armatnim. Co innego Robert. Z jego wyglądem i intonacją trybuna ludowego. Tak, jak poprzednio hipnotyzował dziewczyny, teraz hipnotyzował słuchaczy. Gdziekolwiek się pojawiał, w naturalny sposób obejmował przywództwo, jakby się urodził wodzem: nie trzeba było nawet intryg ani szczególnych popisów, po prostu wszedł w ten ruch w sposób oczywisty i naturalny, od pierwszej chwili przygotowany do swojej roli. 
Wujostwo wreszcie doczekali się paszportów i wyjeżdżali do Kanady. Wojtkowi po 10 latach emigracji powodziło się nieźle, miał kanadyjską żonę i dobrą posadę. Ojciec z babką sprzedali ziemię i odkupili dla mnie mieszkanie, w którym spędziłem tyle lat. Ciągle jeszcze miałem sporo znajomych, kwitło życie towarzyskie i uczuciowe. Żeby uniknąć kłopotliwych gości, wziąłem na stancję dwie uczennice i miałem wymówkę, by nie urządzać zbyt często imprez, choć nie obeszło się bez aluzji do Nabokova.
A potem zdarzył się trzynasty grudnia i okazało się, że nikt nie był na to przygotowany. Uwierzyliśmy w bezradność naszych władców. Byli tacy, co nie wierzyli i zdążyli cichcem ewakuować się z okrętu. Trochę się bałem, że mnie internują, choć zdawałem sobie sprawę, że byłem płotką. Nie to, co Robert: on został bohaterem. Po mnie nikt nie przyszedł, za to zaprosił mnie na rozmowę smutny pan, który ani razu nie spojrzał mi w oczy. Zagrałem „blondynką”, udzielając odpowiedzi bezsensownych i wymijających. Nagle na mnie popatrzył i zobaczył to, co ja już wiedziałem: spotkaliśmy się kiedyś u ojca Wiery. Zmieszał się nieco, ale szybko wróciła mu pewność siebie. Wstał i poradził mi, żebym trzymał się z dala od polityki, są przyjemniejsze zajęcia. Wyszedłem bez słowa.
 

Odcinek 11

© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

niedziela, 3 stycznia 2016

Przejście przez strumień (11)

Skąd tytuł? Oczywiście, Turner. 
Ale i coś więcej. Woda, z całą jej symboliką, pojawia się tutaj z nie do końca uświadomionych powodów. Po prostu jest. I znaczy być może więcej, niż początkowo zamierzałam. 
Również z nie do końca jasnych przyczyn te a nie inne spotkania były dla mnie inspirujące. Pamiętajcie jednak, że to inspiracje, a nie portrety. 


 
Przejście przez strumień”. Kartka z reprodukcją obrazu Turnera, wypełniona nieczytelnym pismem Liwii. Odcyfrowuję je z trudem.
Tate. Clore Gallery. Prace Turnera powstałe w ciągu kilkudziesięciu lat: jak stopniowo doszedł do genialnych, późnych obrazów, eliminując wszystko, co zbędne, malując światło w czystej postaci.
A jednak - gdy już napatrzyłam się na pejzaże weneckie i morskie - wróciłam do „Przejścia przez strumień”. Devon, Tamar Valley. Dwie dziewczyny i pies. Strumień wśród drzew, perspektywa rozległej doliny, w dali most. Wysokie drzewa, łagodne światło popołudnia. Spokój. Jedna z dziewcząt, właśnie skończyła pranie, siedzi nad wodą. Druga przeszła przez strumień, za nią pies, trzyma w pysku sandał, patrząc wyczekująco. Chcę tam z nimi być, usiąść zmęczona na brzegu, zamoczyć stopy w chłodnej wodzie, pogłaskać psa po mokrym pysku. Wejść w to letnie popołudnie, słyszeć ptaki i świerszcze, i dalekie odgłosy ludzkiego życia, może beczenie owiec i nawoływania pasterzy, może sygnaturkę nieodległego kościoła. Być w Arkadii.
Lato spędziłem pracując w sadzie pana Waldka i na budowie. Dopiero we wrześniu pojechałem nad morze. Było chłodnawo, ale nie zależało mi na kąpieli. W Gdańsku były ciekawsze rzeczy: Westerplatte, Wisłoujście, a bliżej centrum wzgórze z fortami napoleońskimi. Skąd się bierze mój sentyment do twierdz i zamków? Zainteresowanie dawno opuszczonymi fortami? Ruinami, w których widzę trud budowniczych i troskę inżynierów tworzących zapory wobec obcych, wrogów, barbarzyńców... Może stąd, że chciałbym stworzyć takie miejsce dla tych, których kocham?
Kiedy wróciłem, czekała na mnie poczta. Widokówka przedstawiała niewielkie miasteczko na półwyspie. Domy o czerwonych dachówkach stromo pięły się w górę. Owalny plac poniżej kościoła otwierał się na port jachtowy.
- To kicz! - powiedziałam.
Szept oburzenia za mną, w tyle samochodu.
Tak, nazywajcie wzruszenia po imieniu, nie wstydźcie się waszych wzruszeń. Ale pamiętajcie, jak bardzo są one banalne. Zachód słońca nad morzem: łuna na niebie, błękitnoróżówa, połyskliwa woda, ciemna zieleń śródziemnomorskiej roślinności. Zapiera dech. Wzdychacie: jakie to piękne!
Nie godzę się na banalność emocji i wciąż ten sam sposób ich wyrażania. Miłość nazwę obojętnością, zachwyt skwituję ironicznym wzruszeniem ramion, ból schowam pod maską śmiechu. Sama wiem najlepiej, jak daleko jest od słów do serca. Nie dosięgnie mnie nikt. 
 
Tęsknota za nią szarpnęła jak nagły ból. Muszę ją widzieć, już teraz, natychmiast z nią być. Chociaż usłyszeć jej głos.
Ale wówczas, w czerwcu, kiedy wpisałem jej swój adres do notesu i odczekałem na stosowną, jak mi się zdawało, chwilę, by zapytać, czy może mi podać swój adres lub telefon, zaśmiała się tylko. Don’t call us, we’ll call you, oświadczyła. Teraz kończył się wrzesień.

- Najsmutniejsi są klauni - powiedziała .
Była jesień. Znów siedzieliśmy w tej samej kawiarni, w szklankach stygła herbata, za oknem żółkły liście. Liwia była jeszcze lekko opalona, podkreślała to haftowana indyjska bluzeczka z bawełny, rozpinana pod szyją. Patrzyłem na nią i bałem się zadać pytanie, które mnie nurtowało od paru tygodni. Ona mówiła, ja słuchałem.
- Ludzie widzą tylko powierzchnię zjawisk. Skórę. Wiesz, jak mnie irytuje, kiedy słyszę od kogoś, z kim dłużej rozmawiam: ależ ty jesteś całkiem inna niż sądziłam! Miałam cię za taką osobę... i tak dalej. Rozumiesz? Patrzą i wydaje im się, że widzą. Widzą ubiór, kolor włosów, słyszą śmiech albo jakieś nieistotne słowa i na tej podstawie wyrabiają sobie opinię o człowieku! A potem zdziwienie: ale ty przecież wydawałaś się taka... Cholera jasna, niedoczekanie ich. Nie zobaczą moich łez.
- Nie możesz żądać od ludzi, żeby cię znali, jeśli nie dajesz się poznać.
- Nie chcę, żeby mnie znali. Tylko żeby nie pletli bzdur.
- Za dużo wymagasz - stwierdziłem.
- Chyba tak - przytaknęła zgaszona.
Zapadła cisza. Ktoś wszedł do kawiarni, chciał się dosiąść.
- Zajęte - powiedziała Liwia, nawet się nie odwracając.
- Jeszcze ci nie podziękowałem za pocztówki - odważyłem się wreszcie. - Nie wiedziałem, że byłaś w Jugosławii.
- Byłam. I we Włoszech. Marek jechał z siostrami i chłopakiem jednej z nich. Myślałam, że nie pojadę, bo musiałam oddać paszport po powrocie z Anglii, ale okazało się, że mają znajomego w biurze paszportów, no i tyle.
- I jak było?
- Ładnie. Jak na pocztówce.
- Nie o to pytam.
Milczała patrząc na dno swojej szklanki.
- Tomek... powiedz, czy to już zawsze tak będzie? Nie zniosę tego. Dlaczego nie zostawią mnie w spokoju? 
Zanim zdążyłem zapytać, kto i dlaczego ma ją zostawić w spokoju, otworzyły się drzwi i wszedł Robert. Przywitał się ze mną, i zapytał Liwię, czy idzie na seminarium. Spojrzała na zegarek.
- Będę tam - powiedziała. - Mam czytać rozdział. Ale jeszcze chcę porozmawiać chwilę z Tomkiem.
Zrozumiał i pożegnał się chłodno.
- Ma nową dziewczynę. To chyba poważna sprawa. I chwała Bogu, bo trochę złagodniał - stwierdziła Liwia. - Aha, dał mi zdjęcia, pamiętasz, robił je wtedy w parku, kiedy poszliśmy na piwo? Ty też na nich jesteś. Wiesz co zrobił? Wyciął swoją podobiznę ze wszystkich fotografii, wyobrażasz sobie? - zaśmiała się. - Biedactwo. Boi się czarów, czy co? Zapomniał, że mam jego zdjęcie, dał mi je kiedyś z dedykacją: Kobieta zawsze jest bluszczem, potrzebuje silnego drzewa... - parsknęła i spojrzała na zegarek. - Odprowadzisz mnie?
 


© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.