niedziela, 3 stycznia 2016

Przejście przez strumień (11)

Skąd tytuł? Oczywiście, Turner. 
Ale i coś więcej. Woda, z całą jej symboliką, pojawia się tutaj z nie do końca uświadomionych powodów. Po prostu jest. I znaczy być może więcej, niż początkowo zamierzałam. 
Również z nie do końca jasnych przyczyn te a nie inne spotkania były dla mnie inspirujące. Pamiętajcie jednak, że to inspiracje, a nie portrety. 


 
Przejście przez strumień”. Kartka z reprodukcją obrazu Turnera, wypełniona nieczytelnym pismem Liwii. Odcyfrowuję je z trudem.
Tate. Clore Gallery. Prace Turnera powstałe w ciągu kilkudziesięciu lat: jak stopniowo doszedł do genialnych, późnych obrazów, eliminując wszystko, co zbędne, malując światło w czystej postaci.
A jednak - gdy już napatrzyłam się na pejzaże weneckie i morskie - wróciłam do „Przejścia przez strumień”. Devon, Tamar Valley. Dwie dziewczyny i pies. Strumień wśród drzew, perspektywa rozległej doliny, w dali most. Wysokie drzewa, łagodne światło popołudnia. Spokój. Jedna z dziewcząt, właśnie skończyła pranie, siedzi nad wodą. Druga przeszła przez strumień, za nią pies, trzyma w pysku sandał, patrząc wyczekująco. Chcę tam z nimi być, usiąść zmęczona na brzegu, zamoczyć stopy w chłodnej wodzie, pogłaskać psa po mokrym pysku. Wejść w to letnie popołudnie, słyszeć ptaki i świerszcze, i dalekie odgłosy ludzkiego życia, może beczenie owiec i nawoływania pasterzy, może sygnaturkę nieodległego kościoła. Być w Arkadii.
Lato spędziłem pracując w sadzie pana Waldka i na budowie. Dopiero we wrześniu pojechałem nad morze. Było chłodnawo, ale nie zależało mi na kąpieli. W Gdańsku były ciekawsze rzeczy: Westerplatte, Wisłoujście, a bliżej centrum wzgórze z fortami napoleońskimi. Skąd się bierze mój sentyment do twierdz i zamków? Zainteresowanie dawno opuszczonymi fortami? Ruinami, w których widzę trud budowniczych i troskę inżynierów tworzących zapory wobec obcych, wrogów, barbarzyńców... Może stąd, że chciałbym stworzyć takie miejsce dla tych, których kocham?
Kiedy wróciłem, czekała na mnie poczta. Widokówka przedstawiała niewielkie miasteczko na półwyspie. Domy o czerwonych dachówkach stromo pięły się w górę. Owalny plac poniżej kościoła otwierał się na port jachtowy.
- To kicz! - powiedziałam.
Szept oburzenia za mną, w tyle samochodu.
Tak, nazywajcie wzruszenia po imieniu, nie wstydźcie się waszych wzruszeń. Ale pamiętajcie, jak bardzo są one banalne. Zachód słońca nad morzem: łuna na niebie, błękitnoróżówa, połyskliwa woda, ciemna zieleń śródziemnomorskiej roślinności. Zapiera dech. Wzdychacie: jakie to piękne!
Nie godzę się na banalność emocji i wciąż ten sam sposób ich wyrażania. Miłość nazwę obojętnością, zachwyt skwituję ironicznym wzruszeniem ramion, ból schowam pod maską śmiechu. Sama wiem najlepiej, jak daleko jest od słów do serca. Nie dosięgnie mnie nikt. 
 
Tęsknota za nią szarpnęła jak nagły ból. Muszę ją widzieć, już teraz, natychmiast z nią być. Chociaż usłyszeć jej głos.
Ale wówczas, w czerwcu, kiedy wpisałem jej swój adres do notesu i odczekałem na stosowną, jak mi się zdawało, chwilę, by zapytać, czy może mi podać swój adres lub telefon, zaśmiała się tylko. Don’t call us, we’ll call you, oświadczyła. Teraz kończył się wrzesień.

- Najsmutniejsi są klauni - powiedziała .
Była jesień. Znów siedzieliśmy w tej samej kawiarni, w szklankach stygła herbata, za oknem żółkły liście. Liwia była jeszcze lekko opalona, podkreślała to haftowana indyjska bluzeczka z bawełny, rozpinana pod szyją. Patrzyłem na nią i bałem się zadać pytanie, które mnie nurtowało od paru tygodni. Ona mówiła, ja słuchałem.
- Ludzie widzą tylko powierzchnię zjawisk. Skórę. Wiesz, jak mnie irytuje, kiedy słyszę od kogoś, z kim dłużej rozmawiam: ależ ty jesteś całkiem inna niż sądziłam! Miałam cię za taką osobę... i tak dalej. Rozumiesz? Patrzą i wydaje im się, że widzą. Widzą ubiór, kolor włosów, słyszą śmiech albo jakieś nieistotne słowa i na tej podstawie wyrabiają sobie opinię o człowieku! A potem zdziwienie: ale ty przecież wydawałaś się taka... Cholera jasna, niedoczekanie ich. Nie zobaczą moich łez.
- Nie możesz żądać od ludzi, żeby cię znali, jeśli nie dajesz się poznać.
- Nie chcę, żeby mnie znali. Tylko żeby nie pletli bzdur.
- Za dużo wymagasz - stwierdziłem.
- Chyba tak - przytaknęła zgaszona.
Zapadła cisza. Ktoś wszedł do kawiarni, chciał się dosiąść.
- Zajęte - powiedziała Liwia, nawet się nie odwracając.
- Jeszcze ci nie podziękowałem za pocztówki - odważyłem się wreszcie. - Nie wiedziałem, że byłaś w Jugosławii.
- Byłam. I we Włoszech. Marek jechał z siostrami i chłopakiem jednej z nich. Myślałam, że nie pojadę, bo musiałam oddać paszport po powrocie z Anglii, ale okazało się, że mają znajomego w biurze paszportów, no i tyle.
- I jak było?
- Ładnie. Jak na pocztówce.
- Nie o to pytam.
Milczała patrząc na dno swojej szklanki.
- Tomek... powiedz, czy to już zawsze tak będzie? Nie zniosę tego. Dlaczego nie zostawią mnie w spokoju? 
Zanim zdążyłem zapytać, kto i dlaczego ma ją zostawić w spokoju, otworzyły się drzwi i wszedł Robert. Przywitał się ze mną, i zapytał Liwię, czy idzie na seminarium. Spojrzała na zegarek.
- Będę tam - powiedziała. - Mam czytać rozdział. Ale jeszcze chcę porozmawiać chwilę z Tomkiem.
Zrozumiał i pożegnał się chłodno.
- Ma nową dziewczynę. To chyba poważna sprawa. I chwała Bogu, bo trochę złagodniał - stwierdziła Liwia. - Aha, dał mi zdjęcia, pamiętasz, robił je wtedy w parku, kiedy poszliśmy na piwo? Ty też na nich jesteś. Wiesz co zrobił? Wyciął swoją podobiznę ze wszystkich fotografii, wyobrażasz sobie? - zaśmiała się. - Biedactwo. Boi się czarów, czy co? Zapomniał, że mam jego zdjęcie, dał mi je kiedyś z dedykacją: Kobieta zawsze jest bluszczem, potrzebuje silnego drzewa... - parsknęła i spojrzała na zegarek. - Odprowadzisz mnie?
 


© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz