piątek, 15 stycznia 2021

Wilcy i ludzie

 


Kto chciałby spotkać w lesie wilka? I zrobić mu piękne zdjęcie (najlepiej podczas obiadu)?

Bez lęku, bo nawet wśród leśników nie wszyscy są zaklinaczami zwierząt - jak ten z Baligrodu - i niektórzy reagują w stylu „oj, wilk się na mnie patrzy!”

Ale siedząc sobie wygodnie w salonie, ze szklaneczką whisky i cygarem? Czemu nie? 

Ta zazdrość znajomych: ale go podszedłeś, świetne ujęcie, nie bałeś się? 

Mokry sen świeżo upieczonej klasy średniej... 

Mówisz – masz. Czatownia to odpowiedź na twoje potrzeby. Nęcisko dla ciebie i zwierząt.


Wilki znów płacą nie swoje rachunki. 

Powoli wymiera pokolenie, które miało je wyłącznie za szkodniki. Zapłaciły za to niemal eksterminacją. Potem było kilka dziesiątków lat odzyskiwania praw. Jeszcze do końca się nie udało, a dziś to ludzie nimi zafascynowani stwarzają niebezpieczeństwo.

Wilk jest ofiarą mitów. Kiedyś figura zła, dziś mityczne i piękne, symboliczne zwierzę. 

Czy pozwolimy mu być po prostu sobą?


Dokarmianie dzikich zwierząt budzi emocje. Nie ma przepisu, który by tego zabraniał. Dokarmiane niedźwiedzie zmieniają się  w couch potatoes, ograniczając obszar penetrowany w ciągu dnia, bo kto by zapi...ał za garść jagód, jeśli ma zapewniony codzienny catering! Nic tylko fajki, piwko i pilot do tv, Misiu, co nie?

A wilki? Jeśli przywykną do nęciska, to zobaczą człowieka jako dostarczyciela łatwej strawy. Jeżeli nie nakarmi, przyjdą jak po swoje. 

A serio?

Problem to nie tylko zmiana zachowania, ale i przekazywanie tych szkodliwych zachowań potomstwu, utrata lęku przed ludźmi, co zawsze kończy się źle dla zwierząt. To także ryzyko chorób, wypadków…


Ok, edukujemy.

Czy to wystarczy? Nie. 

Antropopresja sprawia, że dla zwierząt jest coraz mniej miejsca. Nawet tam, gdzie powinny być u siebie, nie mają spokoju. 

Jeśli chcesz zobaczyć lwy w Afryce, to nikłe są szanse, że uda ci się to jako samotnemu, kierującemu się kodeksem etycznym podróżnikowi. Raczej pojedziesz na safari (skądinąd ciekawe są losy tego słowa w XX wieku) czy do prywatnego rezerwatu. W tym ostatnim możesz nie dostrzec, że młode, które pozwalają ci głaskać, skończą jako łup w canned hunting.

Nawet niekomercyjne rezerwaty muszą zarabiać. Nie zrezygnują z turystów. 

A kłusownicy wszelkiej maści nie zrezygnują z łupów. Tak, to jest wojna.  

10 stycznia 2021 sześciu rangersów zginęło a jeden został ciężko ranny w zasadzce na terenie Parku Narodowego Wirunga. Mieli od 27 do 30 lat. To były kolejne ofiary. Pamiętamy tylko o Dian Fossey.


Zatem: co robić?

Czy można pogodzić ochronę wilka (i innych zwierząt) z presją człowieka na kontakt z naturą bez respektowania jej praw? 

Czy można pozwolić miłośnikom wilków na ich niekontrolowane tropienie? 

A jeśli nie, to jak ich kontrolować? 

Jak uchronić wilka przed jego własną legendą, przed strachem, nienawiścią i… toksyczną miłością?

Nie wiem. 


O zdjęciach:

Nie zwiedzam ogrodów zoologicznych, a raczej robię to bardzo rzadko i zwykle z jakiegoś powodu. To miejsce - Wildpark Lueneburger Heide - odwiedziliśmy zaintrygowani fotografiami Tanji Askani. Oczywiście byliśmy świadomi, że to mocno wystylizowane zdjęcia. Pierwsze zaskoczenie: to nie jest tylko ogród zoologiczny, ale też wielki plac zabaw i teren piknikowy. Wilki są na uboczu. W trzech zagrodach. Najpierw polarne, dumne i obojętne. Potem szare, z dystansem obserwujące świat. Donna i wilk wpatrują się sobie w oczy, ona wyraźnie zafascynowana. Na koniec alaskańskie, ciekawskie i ruchliwe, biegające wzdłuż płotu jak psy - ale dlaczego nie szczekają, pyta Luna, i głośno wyraża swoje niezadowolenie. A ja pytam raczej, dlaczego są w zagrodzie z niedźwiedziami, choć wcale ich to nie uszczęśliwia. Mam mieszane uczucia. Nie żałuję, że tu byliśmy, ale nie wrócimy.





środa, 13 stycznia 2021

Całkowite zanurzenie: (za)światy Radka Raka

 


W letnie noce na niebie nad Lublinem widać tłumy spadających aniołów.

Strzela do nich umarły mnich, a potem wypchane umieszcza pod sklepieniem bazyliki dominikanów.

Koty i węże nie tylko mówią, ale i zmieniają dowolnie swój cielesny kształt.

Lilith żyje. Spotyka ją każdy mężczyzna, ale niektórzy już nigdy potem nie znajdą spokoju.

W pałacu Madame Chauchat przez cały rok kwitną róże i latają motyle.

Można komuś odebrać serce i przejąć jego życie.

Jerozolima to miasteczko w Karpatach, gdzieś między Duklą a Truskawcem.

Księżyc, gdy nieumiejętnie się z nim obchodzić, może się potłuc.

Rusałki żyją i są nieśmiertelne.

Ikonopis prowadzi herbaciarnię w Beskidach, a czasem jest też mnichem tajemnego kultu.

Człowiek może stać we śnie się kotem i nim pozostać.


                              




Jakież to piękne baśnie!

Można je czytać na wielu poziomach i to mnie najbardziej zachwyca.

Dezynwolturę w traktowaniu fabuły (a więc logikę raczej snu niż rzeczywistości) odziedziczył Rak po swoich Mistrzach. Klucze do ich utworów są we wszystkich jego powieściach i nie jest to popisywanie się oczytaniem, lecz całkowite zanurzenie.

        


Mann spotyka się baśniami ludowymi, Schulz z Bułhakowem, Leśmian z Tolkienem.

Adela z madame Chauchat, kuracjusz sanatoryjny z biblijną Lilith, czytelnik z bohaterem książki.

Czy Jakub Szela jest sobą, czy już dziedzicem Boguszem?

Grzegorz jest już tylko kotem, czy jeszcze Grzegorzem?

Oprócz inspiracji znakomitą literaturą jest tu silnie obecny żywioł baśniowy. 



Skąd? Z opowieści dziadka, lektury baśni ludowych oraz baśniowej fantastyki (do której zresztą za sprawą magicznego klimatu Rak został przypisany). 

A baśń opiera się na schemacie fabularnym, co jest oczywiste bez lektury Proppa. 

Każde zdarzenie ma swoje miejsce, cechy bohatera są skodyfikowane, zasady jasne. 

Cudowność jest konieczna, porządkuje świat, choć czasem w przewrotny sposób.

Zanurzyłam się w tych (za) światach i już mam pokusę, by wrócić.





Kocham cię, Lilith, 2014

Puste niebo, 2016

Pełnia Światła, antologia Tarnowskie Góry Fantastycznie, 2019.

Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli, 2020, Nike 2020












wtorek, 12 stycznia 2021

Pusty raj - Villefranche-sur-Mer



Rajski zakątek. Cicha zatoka, osłonięta od strony morza skalistym półwyspem. Miasteczko spoczywa  jak ostryga w muszli, otoczone stromymi w wzgórzami od wschodu, północy i zachodu. Zabytkowa część między morzem a Basse Corniche, wyżej zabudowa wspina się w stronę Moyenne Corniche i dalej. To walka z opoką. Dom, w którym mieszkaliśmy – ze spektakularnym widokiem na zatokę i półwysep – zbudowano w niszy wydartej skale. Tylne wejście było na siódmym piętrze. 

O rzut kamieniem, po drugiej stronie Mont Boron, jest miejsce zwane Terra Amata. Ludzie mieszkali tam 400 tysięcy lat temu, więc z pewnością byli i tu. W dzisiejszym Villefranche-sur-Mer. 

A potem? Kogóż tu nie było! Grecy i Rzymianie, wszelkiej proweniencji Barbarzyńcy. Osiedli tu też na chwilę saraceńscy piraci.

Kiedyś  d'Olivula Portus, potem Montolivo.

W 1295 roku Karol II Andegaweński, król Sycylii i Neapolu, hrabia Prowansji, uczynił je wolnym miastem, Villa Franca. Bez wątpienia kluczowy był potencjał strategiczny tego miejsca.

Od 1388 roku miasto należało do diuków Sabaudii i to oni (a właściwie Emanuel-Phlibert de Savoie) wznieśli  cytadelę świętego Elma, jak również forty Mont Alban i Saint-Hospice. 

Francuzi byli tu nie raz, i to niekoniecznie w przyjaznych zamiarach, także w czasie rewolucji. 

Od 1860 roku wraz z hrabstwem Nicei Villeframche-sur-Mer stało się miastem francuskim.

Zapraszam was na spacer. Pójdziemy plażą od strony Cap Ferrat. Wdrapiemy się na strome schodki. Zanurzymy się półmrok Rue Obscure. 

To nie wszystko, to tylko okruch. 


































Miasteczko czasu pandemii jest puste. Na Promenade des Marinières, zwykle tętniącej życiem, nieliczne lokale walczą o przetrwanie.  

Żal...