niedziela, 19 maja 2019

Wieczór majowy


Wyszłam na rynek po wczesnej kolacji. Złote światło kładło się na murach. 


To nie był pogodny dzień, lecz przed wieczorem niebo pojaśniało. Cień był coraz głębszy. 


Poszłam bocznymi ulicami.  Było prawie pusto.





















A potem śpiew.




















Moje ukochane śląskie kosy.




















Powoli zapadał zmierzch, a one żegnały dzień.















 





niedziela, 12 maja 2019

Koniec dnia



Film o granicach naszej wolności.
O tym, że sami je wyznaczamy.


Kiedy zaczynamy to rozumieć?
Zwykle późno.


I wtedy jest to radykalne.
Wprawa rodzinę w osłupienie.


Tak jest w domu Marii.


Ten dom, w pierwszych scenach pokazany jako centrum życia towarzyskiego, na koniec pustoszeje.
I wtedy staje się azylem.
Schronieniem wolności.


W tle Volterra i otaczające ją wzgórza, jak pokryte zielonym pluszem.
Krajobraz raju.


Tak, wolność końca życia jest słodka, bo teraz już wiemy, że na jej dnie musi być gorycz. I sól łez.
"Kara", która spotyka Marię, dowodzi tylko jej siły.



Nie wiem, czy Maria ma rację, ale daję jej - i sobie - prawo do buntu, błędu, mówienia głośno własnej prawdy.

Do wolności.

Słodki koniec dnia





niedziela, 14 kwietnia 2019

Teatr ciszy






W teatro del Silenzio najlepiej być przed zmierzchem.



















Można tu podjechać z Lajatico, bo  amfiteatr znajduje się tuż za wioską. Można też pojechać 2 i pól kilometra gruntową drogą wśród łagodnych pagórków, w ciszy wypełnionej jedynie świergotem ptaków.


















Teatr leży w dolince. Na wodzie - sądziłam, że ten zbiornik jest większy - wysepka  z rzeźbą. Pieta wyłaniająca się z białych brył.
































Kiedyś, na samym początku, była to rzeźba Mitoraja, jakby stworzona  dla tego miejsca. Do tej niemal monumentalnej, świętej ciszy.


Teatro del Silenzio stworzył Andrea Bocelli wspólnie ze swoim rodzinnym miasteczkiem, Lajatico.

piątek, 5 kwietnia 2019

Martwe wody

Martwa laguna jest daleko, na północny wschód od Wenecji. Za Burano i Torcello, gdzie prawie nikt nie mieszka, a błotniste łachy i nieoznakowane kanały bronią dostępu. Tam właśnie leży Sant'Ariano, wyspa ossuarium, miejsce spoczynku nieznane i znacznie mniej atrakcyjne niż kultowy cmentarz San Michele. 


Od stuleci kości są tam przenoszone z krypt kościelnych i grobowców, i bezładnie porzucane na ogrodzonym, niewielkim terenie, gdzie szczury i węże mają swoje imperium. Świetna sceneria horroru albo kryminału. „Złowroga dżungla, której korzenie tuczyły się na setkach tysięcy ludzkich szkieletów” - pisze Michel Dibdin. Gdy Giacomo, drobny rzezimieszek, spotyka tam stojącego trupa, wariuje.


Do „Martwej laguny” wróciłam po latach. Dobrze jest czytać, gdy wyobraźnia ma oparcie we własnych wspomnieniach, bo Wenecja i laguna są pełnoprawnymi bohaterkami tej książki. Znaczą tu więcej, niż w powieściach Donny Leon, gdzie komisarz Brunetti zawsze wraca do bezpiecznego domu.
 

Aurelio Zen, choć z pochodzenia wenecjanin, nie jest tu u siebie po wielu latach mieszkania w Rzymie. Zna miasto, ale pozostaje z nim w splocie sprzecznych emocji. Wenecja, przyjazna i dobroduszna za dnia, prowincjonalne miasto żyjące codziennością obok własnej legendy i obok tłumów turystów, ku wieczorowi się zmienia. W jej zaułkach czai się mrok, jej podwórka bywają pułapkami, ulice labiryntem. 



Jest tu rozdział rewelacyjny, XXV, jeden z ostatnich. Dwaj mężczyźni idą przez nocne miasto. Jeden ucieka, drugi za nim podąża. Z Campo Santa Margherita do Rialto, przez targ rybny do Campo delle Beccarie, San Giacomo dell'Orio aż na nabrzeże naprzeciw dworca kolejowego i potem na Piazzale Roma. Stamtąd tramwajem wodnym do Santa Marta (nie Santa Maria, jak w powieści) – i przez most nad Rio dell'Arzere. I znów labiryntem uliczek Dorsoduro w stronę terminalu promowego Zattere.
„Bryza wzburzyła kanał Giudecca i podniosła krótkie fale, które uderzały hałaśliwie o kamienne nabrzeże, co pewien czas zalewając bulwar spienioną wodą”. Idą dalej, okrążają cypel, na drugim brzegu Basenu św. Marka widzą światła Riva degli Schiavoni. Przez Punta della Dogana w stronę Salute, a potem Akademii. Przez most idą w stronę Campo San Stefano, a potem do „ponurego potwora San Moise”. Nie wchodzą na Piazza, lecz idą nabrzeżem do Rio dell'Arsenale. „Dotarli do terenu, który francuscy najeźdźcy zmienili w park publiczny ze ścieżkami, fontannami i posagami, podejmując nieudaną próbę zmienienia Serenissima w normalne, przyzwoite miasto”. To nie koniec. Jest jeszcze Sant'Elena i jej „rzadki piniowy lasek”. A potem vaporetto płynące na Lido.


W którymś momencie powieść staje się przerażająca, i nie jest to pierwszy rozdział, jak wzięty z horroru. Ta groza narasta, płynie pod skórą opowieści i nagle, gdy już wydaje się, że sprawiedliwość zwycięży, zdarza się coś, co podważa wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi.


Jedna z najlepszych książek o mroku Wenecji. I o mroku, który jest w nas. 

Michael Dibdin "Martwa laguna" przełożył Krzysztof Fordoński






niedziela, 10 marca 2019

Wiosenne gawrony



Przycupnęły na gałęziach głogu, tam, gdzie padały pierwsze poranne promienie. Zwrócone twarzami do słońca, jak widzowie podczas spektaklu. Było ich może dziesięć i jedna sroka. Witały słoneczny, choć mroźny dzień.


Nie rozpamiętywały, że kilka dni wcześniej zniszczono im gniazda i wycięto kasztanowiec, na którym lubiły przysiadać. 


Były tu i teraz, po mroźnej nocy ciesząc się ciepłem i światłem.


Obserwuję je. Podobają mi się ich lśniące pióra i szare, duże dzioby. Lubię  ich powolne, lekko kołyszące kroki na trawniku. Ich stoicką postawę wobec hałasujących kawek i aroganckich srok. Lubię słuchać ich śpiewu, którego nikt nie docenia, bo nie jest dźwięczny. Lubię determinację, z jaką wracają, choć nie są mile widziane.


Gawrony. Nasi niedoceniani, niechciani towarzysze. 


One wiedzą, że jest czas burzenia gniazd i czas budowania, czas głodu i czas sytości, czas drżenia z zimna i czas wygrzewania się w słońcu.


Muszę i ja o tym pamiętać.

niedziela, 10 lutego 2019

Zanim odejdę





Coraz częściej wracam do lektur, które już czytałam. Czasem dlatego, że bardzo je lubię i po prostu muszę. Czasem... mam wrażenie, że przeczytałam nieuważnie, przewertowałam i coś istotnego przeoczyłam. Że czytając niejako z zawodowego obowiązku nie skupiłam się na czymś ważnym.


Tak było z „Metafizyką”. Zdawałoby się, że dwa tematy - Wenecja i Bosch - to dość, by skupić się, zatrzymać nad lekturą. Widocznie nie był to dobry czas.
Teraz jest. Trzeba było osobistego, dramatycznego doświadczenia, ciężkiej, potencjalnie terminalnej choroby, bym dostrzegła, że to jest to książka także o mnie.
Może jest tak, że lubię powieści tylko wówczas, gdy mogę się identyfikować z którymś z bohaterów (niekoniecznie z kobietą), ponieważ powieści, podobnie jak filmy, odbieram naiwnie – emocjonalnie i empatycznie, biorąc w nawias swoją wiedzę.

Teraz to się stało. Zrozumiałam Beę.



Bea jest chora. Umiera.
Bea chce zaznać raju jeszcze tutaj, w tym życiu.
Raj to dla niej ogród rozkoszy ziemskich Hieronima Boscha.
Bea chce umrzeć w Wenecji.

To wszystko jest możliwe.



Lech Majewski - jak wielu przed nim, jak Henry James i Tomasz Mann - mówi o miłości i śmierci w Wenecji. To miasto, stworzone z marzeń, dzięki swej wyjątkowości i izolacji pozwala usunąć się na margines zwyczajnego życia i... żyć marzeniami. Choć przez chwilę.

Operując motywami literatury popularnej, romansu – bo przecież miłość i śmierć w Wenecji to pomysł z gruntu melodramatyczny - Majewski nie osuwa się w kicz. Noc w łodzi na lagunie, kąpiel w fontannie, wszystkie gry kochanków - to realizacje Boschowskiego scenariusza. Raju istniejącego tu, na ziemi. Edenu, którym jest miłość.

Czytałam tę książkę, jakbym tam z nimi była. Widzę gotycką kamieniczkę, w której mieszkali, przy Ponte dei Sette Martiri, nad kanałem, z widokiem na Bacino i San Giorgio. Byłam w ogrodach Biennale, wielokrotnie szłam aleją w Parku Garibaldiego. Na Via Garibaldi robiłam zakupy w tych samych sklepach. Przechodziłam Fondamenta Nuove przed szpitalem - w którym umarła Bea - patrząc w stronę cmentarnej wyspy San Michele.

Jestem z nimi, cokolwiek robią i jakkolwiek absurdalne może się to wydać. Rozumiem, dlaczego Luis spełnia wszystkie jej życzenia i dlaczego ona nie odwiedza szpitala.

To, co się dzieje, jest czasem świętym. Nie ma potrzeby go przerywać. Trzeba, by się dopełnił.



Ekranizację powieści, „Ogród rozkoszy ziemskich” zrealizował Majewski w stylistyce wideoartu - uprawia ten gatunek odnosząc sukcesy, to jest zdecydowanie jego medium - i prawda opowiedzianej historii stała się jeszcze bardziej oczywista.

Bohaterowie noszą imiona aktorów - Claudia (reżyser zrezygnował z Dantejskiej aluzji) i Chris. Chris filmuje wszystko co się dzieje, czasem kamerę przejmuje Claudia. Ułamki obrazów, „przypadkowe” ujęcia, prześwietlone, niewyraźne kadry - tak właśnie pamiętamy, prawda? Chris ogląda nagrane filmy w londyńskim mieszkaniu. Claudia odeszła.

Zapewne Wenecja jest piękniejsza w wielu filmach - pokazana w całym swym przepychu barw i świateł, w ostentacyjnym i niedostępnym bogactwie. Wenecja Majewskiego jest taka, jak jest nam dana w doświadczeniu - fragmentarycznym, nieuważnym, nacechowanym emocjami.

Czuję się jakbym żyła dwa razy bardziej. Wszystko stało się takie namacalne. I gęste jak rzeźba. Chwile są takie istotne.” - mówi Claudia. To było także moje doświadczenie, gdy poznałam diagnozę.



Bosch mówi, że nie ma innego Nieba poza tym, które sami tworzycie podczas waszego krótkiego życia. Nie oceniając, a obserwując je, próbując miąższu owocu, albowiem ostatecznie, wolno wam. Wszystko można w Ogrodzie Rozkoszy.”


Lech Majewski Metafizyka
Ogród rozkoszy ziemskich, scenariusz i reżyseria Lech Majewski