niedziela, 26 sierpnia 2018

Wenecja. Sen


Czy można przygotować się na spotkanie z Wenecją? Za każdym razem zadaję sobie to pytanie. Pierwszy raz to była pora letniego szczytu, początek września. Trzy dni: Akademia, Pałac Dożów, Salute, San Giorgio. Nawet Lido. Upał i tłum. Na placu świętego Marka przy dzwonnicy znane twarze, kręcą „Rodzinę Połanieckich”. W kościele della Pieta koncert „Venezia e Vivaldi” i cudowny motet „In furore”.


Chciałam zobaczyć inną Wenecję: bożonarodzeniową Brodskiego, wielkanocną Iwaszkiewicza. Był listopad. Dzień słoneczny, sobota. Na stateczkach vaporetto tłoczno. Ale wystarczyło wejść w dowolną uliczkę, zanurzyć się w miasto. Było nasze. Nasze? Josif Brodski przez lata marzył, by Wenecja go przyjęła. Czuł się wenecjaninem, ale dla miasta pozostawał obcym. Przyjęło go po śmierci – na cmentarną wyspę San Michele.
Miasto odwraca się od nas. Pozwala się podziwiać, piękne i obojętne, znudzone jak kurtyzany z obrazu Carpaccia.
Na pokładzie vaporetto para Teksańczyków. Są tu od dziesięciu dni, oszołomieni. On wypytuje o Wenecję. Daje wyraz zdumieniu fenomenem tego miasta i niemożności wyrażenia swoich wrażeń. Nie mam słów – stwierdza. Wiesz, mówię, po tych wszystkich książkach, które napisano o Wenecji, to byłaby arogancja, chcieć dodać jeszcze coś do siebie. Patrzy na mnie trochę zdziwiony i niepewny, czy żartuję, czy mówię serio. On tu przyjechał nie czytając tamtych książek. Ja mam za sobą ćwierć wieku lektur. A także filmy, wielekroć oglądane reprodukcje obrazów, muzykę... I jestem tak samo jak on bezradna.
Ale mówiąc o arogancji wiem, że sama nie powstrzymam się przed zapisaniem swoich emocji, ryzykując wtórność, banał, osunięcie się w grafomanię. Któż zabroni zakochanym pisać miłosne listy?
Śnię o Niej. Znalazłam sposób, by śnić o Wenecji: czytam do poduszki książkę Ewy Bieńkowskiej, oglądam album Carpaccia. A potem gaszę światło i już tam jestem. Błądzę zaułkami, wzdłuż kanałów, patrzę w górę na koronkowe dekoracje gotyckich okien, patrzę w dół na zielonkawą wodę pokrywającą kożuchem grzyba ściany domów.
Wenecja jest snem, w którym świadomość bycia w określonym mieście łączy się z niemożnością znalezienia drogi. Z zaskakującymi widokami otwierającymi się tuż za rogiem. Z brakiem pośpiechu, gęstym powietrzem, światłem, które raz oślepia, a raz otula przedmioty. Jest snem, w którym pragnie się pozostać.
O sennej naturze Wenecji pisali Gustaw Herling – Grudziński i Wojciech Karpiński. Dalej jeszcze - długo przed nimi - poszedł Paweł Muratow. Sen, jak wiadomo, jest bratem śmierci: Dla nas, ludzi Północy, którzy wstępują na ziemię włoską przez złote wrota Wenecji, wody laguny są w istocie wodami Lety. Gdy stoimy przez starymi obrazami zdobiącymi kościoły weneckie, gdy płyniemy gondolą lub błądzimy po milczących uliczkach czy nawet wśród przypływów i odpływów gwarnej fali ludzkiej na placu Św.Marka, wszędzie tam pijemy łagodne, słodkie wino zapomnienia. Wszystko, co zostało za nami, całe nasze dawne życie przestaje nam ciążyć.

Żartowałam, mówiąc o arogancji, jaką jest podjęcie tematu Wenecji dziś. Nieprawda, że nie można już nic napisać bez osuwania się w banał i wtórność. Można. Co mówią kamienie Wenecji jest tego zdumiewającym dowodem.
Książka Ewy Bieńkowskiej jest wyznaniem miłości. Wspaniałym esejem o sztuce weneckiej. I – last but not least – jest piękna. Niezwykłą urodą słów.
Nie tylko majestatyczny Canal Grande, lecz i każde malutkie rio, gdzie rozkładając ramiona, dotykamy obu murów, odbija się w niebie i roztapia w jego bezkresie. Światło wody, zależnie od pory i pogody zielone, złote, sine, białe, powtarza się w niebie i rozprasza w nim jak rzeka wpadająca do morza. Płynąc kanałem lub stojąc na którymś z mostów, widzimy podwójnie: niebo i wodę podające sobie przekształcony obraz: ograniczenie i nieskończoność. Dwa strumienie światła naprzeciw siebie, w dole i w górze, oddzielone i złączone dwoma rzędami domów, pałaców czy ruder. Gdzie jest odbicie, a gdzie rzecz odbita?
Emocje nie zaćmiewają rozsądku, nie unieważniają intelektu. Bywa, że wyostrzają spojrzenie, pozwalają na intuicyjny wgląd w istotę rzeczy. Trzeba im się poddać. Pokonać lęk przed ich wyrażaniem. Pisać, jeśli czujemy taką potrzebę; pisanie jest poznawaniem, niezależnie od tego, czy myślimy o adresacie, czy piszemy do szuflady. Podczas pierwszego pobytu w Wenecji – pisze Bieńkowska - uczucia przybysza są zachwiane przez stan ciągłego podniecenia, na pół zamroczenia, na pół jasnowidzenia, który może dać przelotną genialność. Istnieją zapisy takich spotkań, należące do arcydzieł literatury, gdzie opisujący przekracza sam siebie, jakby prowadzony za rękę przez dajmoniona, który pokazuje mu obrazy niewidoczne dla innych, odsłania Wenecję najbardziej własną.

Dla Magdaleny

____________________

Ewa Bieńkowska "Co mówią kamienie Wenecji" , 1999




niedziela, 29 lipca 2018

Małe, żółte samoloty



Wracaliśmy z krótkiej wycieczki, gdy nad głowami usłyszeliśmy samoloty.


Leciały bardzo nisko, obniżały lot nad morzem, a potem wracały w stronę gór.


Nieduże, jaskrawożółte canadairy.


Z domu - mieszkaliśmy wtedy na wzgórzach Villefranche sur Mer - widać było, jak siadają niemal na wodzie zatoki Villefranche, nabierają jej i odlatują!


Duże statki musiały odpłynąć, mniejsze jednostki przycupnęły na wodzie.


Żółte samoloty z hukiem przelatywały tuż nad naszym dachem.


Paliło się górach nieopodal Escarene.


Zdjęcia z 8 maja 2011

niedziela, 22 lipca 2018

„trza być w butach na weselu”



trza być w butach na weselu”- mówi Panna Młoda u Wyspiańskiego, wyrażając poza przywiązaniem do tradycji (bo przecież nie jest świadoma seksualnej symboliki obuwia, o czym za chwilę) także głębszy jej sens: choć w butach niewygodnie, tak właśnie musi być, bo zaślubiny są przecież rytuałem przejścia, bramą przemiany wewnętrznej i zewnętrznej. W wymiarze osobistym – drogi od ja do my, w wymiarze społecznym – ostatecznego wejścia w dojrzałość. Stąd obecność krewnych, sąsiadów i przyjaciół, stąd uczta weselna, będąca i społecznym dowodem słuszności, i środkiem uśmierzającym lęk.

Nie bez powodu na uczcie obecne jest wino – gdy w Kanie Galilejskiej go zabrakło, Jezus uczynił pierwszy cud. Wino jest najbardziej uniwersalnym z symboli towarzyszących zaślubinom. Spośród biblijnych opowieści ta w szczególny sposób inspirowała malarstwo, dając asumpt do tworzenia monumentalnych scen zbiorowych, jak to uczynili Tintoretto i Veronese. Jakże odmiennych w nastroju od weselnych obrazów Bruegla, Kossaka czy Brandta!

Pisze Jean Maisonneuve: „Obrzędy przejścia dotyczyły zmiany wieku i statusu społecznego jednostek w trakcie całego życia (...) Zachodzą najczęściej w trzech etapach. Najpierw następuje rozłąka, potem oczekiwanie i integracja. Przejście i stawanie się są źródłem większego lub mniejszego niepokoju, który musi zostać pokonany zarówno przez jednostkę, jak i społeczność. W obrzędach przejścia chodzi przede wszystkim o oczyszczenie aktu stawania się (odwołanie do wody, ognia, krwi lub ich symboli), jak i przywrócenie równowagi zachwianej w wyniku zmiany. Często towarzyszą im zachowania naśladujące lub symbolizujące aktualne wydarzenia.”

Jakie? „Narzeczona wyciąga rękę ku narzeczonemu – mówi Bruno Bettelheim - który wkłada jej na palec pierścień. Istnieje popularny gest wyobrażający akt seksualnego zespolenia: połączenie palca jednej ręki z kółkiem utworzonym przez kciuk i palec wskazujący drugiej ręki. Jednakże gest należący do ceremonii zaślubin ma inną treść symboliczną. Pan młody ofiarowuje pannie młodej pierścień, który stanowi symbol waginalny, panna młoda zaś ofiarowuje panu młodemu palec; w ten sposób obrzęd jest dopełniony. W ślubnym obrzędzie wymiany pierścionków znajduje wyraz wiele treści nieświadomych. Należy do nich pragnienie mężczyzny, aby mieć kobiece znamiona seksualne, oraz pragnienie kobiety, aby mieć męskie znamiona seksualne. Kiedy pan młody wkłada pierścień na palec panny młodej, akceptują oni wzajemnie swe nieświadome pragnienia i przyjmują, że odtąd będą mogli niejako uznać znamiona seksualne partnera małżeńskiego za własne; wyzbywają się więc oboje swoich lęków kastracyjnych. Scenę, w której królewicz wręcza bohaterce złoty pantofelek, aby włożyła go na swoją stopę, uważać można za odpowiednik wspomnianego obrzędu, który jest nam tak dobrze znany, iż nie zwracamy uwagi na jego symboliczną treść, jakkolwiek właśnie przez dokonanie tego obrzędowego gestu dwoje ludzi staje się małżeństwem.”  Nie należy „traktować tych praktyk jedynie jako świadectwa zmiany miejsca lub statusu, gdyż większość z nich pełni rolę inicjacyjną, tzn. umożliwia przekazywanie doświadczeń oraz dostęp do tajemnicy i sacrum” – twierdzi Maisonneuve.

Obrączki, bukiet kwiatów i welon oraz przysięga małżeńska są znakami zewnętrznym dokonującego się aktu. Obrzędy weselne, jak oczepiny, w większym stopniu wydają się dotyczyć kobiety niż mężczyzny, bo też jej sytuacja zmienia się radykalnie. W tradycyjnym, patriarchalnym społeczeństwie przechodzi spod władzy rodziców pod władzę męża i jego rodziny.


W renesansowych Włoszech popularne były cykle obrazów, spalliera, umieszczanych na cassone, bogato zdobionych ślubnych skrzyniach, przeznaczonych do małżeńskiej sypialni, na wezgłowiu lub podnóżku łoża, a czasem na ścianach pokoju. Kształt tych malowideł związany był z meblem, więc zwykle podłużny, a występowały w cyklach złożonych z kilku obrazów, opowiadających umoralniającą lub miłosną historię. Jednym z najsłynniejszych takich cykli są oparte na opowieści z „Dekameronu” Giovanniego Boccaccia „Okrutne łowy” Sandra Botticellego z 1482 roku. Cztery panneaux namalowano z okazji ślubu Gianozza Pucciego z Lukrecją Bini do ich komnaty małżeńskiej - ostatnie było wezgłowiem ich łoża. Giorgio Vasari stwierdza prostodusznie, że Botticelli „przedstawił nowelę Boccaccia o Nastagiu z Onestich w czterech obrazkach z małymi postaciami malowanymi miło i pięknie.”

A jakże, miło i pięknie! Nastagio degli Onesti, niechciany przez obiekt swoich westchnień, pannę Traversari, opuszcza Rawennę i błąka się piniowym lesie. „Wtem ujrzał, jak z cierniowych zarośli wypadła cudownie piękna naga dziewczyna z rozwianymi włosami i z ciałem przez gałęzie i kolce poszarpanym [...] Po obu jej bokach gnały nieodstępne dwa zajadłe kundle, co chwila zatapiając w jej ciele kły, za nią gnał rycerz na czarnym koniu i w czarnym rynsztunku, z twarzą pałającą gniewem i szpadą w ręku, i straszliwymi, hańbiącymi słowy śmierć jej zapowiadał”.


Kimże jest ta nieszczęsna? Otóż jest kobietą, która odrzucając zaloty młodzieńca doprowadziła go do śmierci, i na taką karę zostali oboje skazani. „Ilekroć ją dopędzę (...) przeszywam ją tą samą szpadą, którą się niegdyś zabiłem. Otwieram, jak to zaraz zobaczysz, jej pierś, wyrywam jej twarde i zimne serce, do którego miłość ani litość przystępu znaleźć nie mogły, i rzucam psom na pożarcie. Po krótkim czasie jednak zmartwychwstaje ona, naznaczona Boga sprawiedliwym wyrokiem”.


Cóż czyni Nastagio? Obiecując, że nie będzie już narzucał się ukochanej, prosi, by przybyła wraz z rodziną na pożegnalną ucztę w piniowym lesie.

Właśnie owa scena uczty, przedstawiana na trzecim obrazie cyklu, z nagą kobietą, której czarny rycerz wyrywa serce, psami, czarnym i białym, zjadającymi trzewia i wzburzonymi, przerażonymi biesiadnikami – a wszystko w idyllicznym pejzażu piniowego lasu nad morzem – jest najbardziej sugestywna, i nic dziwnego, że ujrzawszy okrutne widowisko, panna zapałała gwałtownym uczuciem do Nastagia i była gotowa oddać mu się nawet bez ślubu. Ten jednak, jako człowiek honoru, nie zgodził się na takie poświęcenie.

A potem żyli długo i szczęśliwe? Zapewne, jako że według Boccacia kobiety w Rawennie „tak się zastrachały, że od tego bardziej uległymi wobec mężczyzn się stały.”

Sfery tajemnicy i sacrum jako istoty zaślubin najpełniej dotyka mit o Erosie i Psyche. Gdy Psyche odkrywa, że jej ukochany, z którym spotyka się tylko w ciemnościach, jest pięknym młodzieńcem, niechcący budzi go, co sprawia, że Eros ją opuszcza. „Zrozpaczona Psyche kilkakrotnie usiłuje popełnić samobójstwo, ale za każdym razem zostaje ocalona. Jako ofiara gniewu i zazdrości Afrodyty, Psyche musi przejść przez wiele niezmiernie ciężkich prób; jedną z nich jest zejście do Hadesu” - pisze Bettelheim. „Historia ostrzega jednak, że jeśli ktoś pragnie stać się świadomy pewnych spraw, nie będąc jeszcze odpowiednio dojrzały, albo jeżeli podejmowane w tym zakresie próby są zbyt gwałtowne, wywołuje to bardzo poważne konsekwencje (...) Wielkie cierpienia, jakie Psyche musi znieść, symbolizują trudności napotykane przez człowieka, gdy pragnie połączyć wyższe wartości duchowe (Psyche) z dziedziną płci (Eros). Zaślubiny mądrości i płciowości ludzkiej wymagają ponownych narodzin duchowej istoty człowieka, a nie jego istoty fizycznej. Symbolizuje to zstąpienie Psyche do świata podziemnego i jej powrót na ziemię”.

Dojrzewanie nie jest tylko sprawą kobiety: Eros „także musi dorosnąć, jeżeli ma poślubić Psyche. Zanim ją spotkał, był najbardziej niesfornym i nieodpowiedzialnym z pomniejszych bogów. Podjął on walkę o niezależność, kiedy postąpił wbrew rozkazom Afrodyty. Jednak dojrzalszą świadomość zyskuje dopiero wtedy, gdy zostaje przez Psyche zraniony i kiedy poruszają go jej cierpienia”.

Odchodząc od rytuałów i tradycji, rezygnujemy coraz częściej z eksponowania i świętowania ważnych etapów w życiu. Zamiast społecznie akceptowanej, rytualnej inicjacji mamy samoinicjację w grupach rówieśniczych, czasem o charakterze przestępczym. Ślub i wesele w polskiej obyczajowości bywają przedsięwzięciem ekonomicznym, obliczonym na zysk. Nowe „rytuały weselne” mają charakter rozrywkowy.

Małżeństwo przestaje być sprawą społeczności, a nawet rodziny w szerszym znaczeniu. Tym samym staje się rytuałem odwracalnym, bo bez społecznego dowodu słuszności, jako prywatna sprawa dwojga, łatwiej może być unieważnione. Przestaje być dowodem społecznej dojrzałości, skoro można powrócić do stanu wolnego. A jednak pozostaje w nas potrzeba rytuału, nawet jeśli daleko odbiega on od tradycji. Czy więc w najbliższych pokoleniach zmieni się tylko forma?

Alternatywne śluby - niegdyś (w społecznościach Romów czy na Kaukazie także dziś) porwanie panny młodej, dziś śluby na wakacjach czy bez gości - kontestują tradycyjny model, ale nadal pozostają w sferze rytuału. Bo przecież istotą ślubu jest wzajemne zapewnienie - przy świadkach, w obecności autorytetu - że chcemy być razem.


-------------------

Trzy pierwsze panneaux z cyklu o Nastagiu Sandra Botticellego znajdują się w madryckim Prado. Źródło ilustracji: wikipedia
Dekameron Giovanniego Boccaccia tłumaczył Edward Boyé
Bruno Bettelheim Cudowne i pożyteczne. O znaczeniu i wartościach baśni tłum. Danuta Danek
Giorgio Vasari Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i i architektów tłum. Karol Estreicher


sobota, 14 lipca 2018

W Cucuron


Najsławniejszy jest staw z platanami. Powstały już w XVI wieku tuż poza murami miasta, do strony północnej, jako źródło wody dla młyna.


Nazwa Cucuron prawdopodobnie pochodzi od wzgórza, na którym leży (praindoeuropejskie "kuk"). Znaleziono tu ślady osadnictwa neolitycznego a także galo-rzymskiego. Pierwsza wzmianka o osadzie średniowiecznej pochodzi z 1024 roku.
















Miasteczko, choć senne i pustawe, jest jednak godne uwagi. I ma swój urok.













































Gdybyśmy mieli gdzieś spędzić miesiąc, jak niegdyś w Forcalquier, być może wybralibyśmy Cucuron.
























Jesteśmy tu po latach i nic się nie zmieniło. Zrelaksowani bywalcy jedzą obiad na tarasach restauracji, psy udają czujność, koty nigdzie się nie spieszą.








































Wówczas spod tej bramy wystawał jeden psi nos, teraz są... dwa.


Blask kamienia: Silvacane



Silva Cana: las trzcin. Mokradła nad Durance. Cudowną, dziką Durance, która nawet tu, na południe od luberońskiego masywu, pozostaje kapryśną, górską rzeką, płynącą to zwodniczo spokojnie w rozległym białokamiennym korycie, to szarą wzburzoną falą, której nic się nie oprze.



Cysterskie opactwo Silvacane ufundowano w 1144 roku. Założyli je cystersi z Morimond pod przewodnictwem opata Othona, przyrodniego brata Konrada III Hohenstaufa. Fundacja i dalsze donacje (Bertrand des Baux ufundował kościół) były tak hojne, że mnisi benedyktyńscy z Montmajour... napadli na cystersów i wzięli ich jako zakładników. Dopiero długotrwałe negocjacje doprowadziły do zakończenia konfliktu. Z końcem XIII wieku zaczął się zmierzch opactwa.



Zespół klasztorny przypomina ten z Thoronet czy Senanque. Kościół orientowany, do jego północnej ściany przylegają krużganki wirydarza, na północ od nich kapitularz i kalefaktorium, na piętrze nad nimi dormitorium. Z północnych krużganków wejście do refektarza.


Jest to ta sama surowa, harmonijna architektura cysterska.




Jak w wielu pierwotnie romańskich klasztorach, budowle stopniowo ewoluują w kierunku gotyku. Kalefaktorium (sala mnichów, pełniąca również funkcję skryptorium), kapitularz i refektarz maja już gotyckie kolumny i sklepienia.


A w murach gnieżdżą się kawki i kopciuszki.























Silvacane, zniszczone w XVII i XVIII w., a po rewolucji zamienione w farmę, zostało wykupione w 1846 roku przez państwo francuskie i uznane za zabytek. Odrestaurowane w latach 90. XX wieku.


niedziela, 13 maja 2018

Złoty deszcz



Naga, młoda kobieta leży oparta o poduszki. Cienkie płótno niedbale rzuconego prześcieradła niewiele osłania. Jasno- i gładkoskóra, o starannie upiętych złotoblond włosach. Nieco pulchna, zgodnie z gustem epoki. Mały pierścionek, bransoletka i kolczyki, kilka klejnotów we włosach. Jej twarz niewiele wyraża – spojrzenie zatrzymało się na spadającym z obłoku złotym deszczu. Żywiej reaguje mały, skrzydlaty chłopiec z łukiem, z zaciekawieniem spoglądający w niebo, ale już szykujący się do odejścia. Spełnił swoje zadanie...


I znów ta sama sypialnia, ta sama kobieta. Nawet leży w tej samej pozie, leniwie oparta na wezgłowiu. Włosy rozplecione, pościel zmięta, gdzieś zniknęło prześcieradło zasłaniające łono. Lewa dłoń spoczywa miedzy udami. Skądś pojawił się piesek, zwinięty w kłębek na łóżku. Zloty deszcz nadal pada, lecz gdzież się podział Amor? Na jego miejscu starucha - klucznica zachłannie podsuwa fartuch pod strumień monet. Jej pani, zaspokojona, przygląda się temu uważnie.

Dwa obrazy Tycjana dzieli 10 lat. Gdzie się podziała niewinna ciekawość młodziutkiej Danae? Co przydarzyło się malarzowi, że uroczy temat miłosny zamienił w ironiczną, podszytą goryczą satyrę? 
 
Widzimy, co się zdarzyło na jego palecie. Nie ma już błękitu pogodnego nieba i rozległego, choć ledwie naszkicowanego pejzażu w głębi obrazu. Złoty deszcz nie spada z obłoku, lecz z rozświetlonej błyskawicą burzowej chmury, z ołowianosinego nieba. 
 
Na palecie – tej faktycznej, w odróżnieniu od wizualnej – jest coraz mniej kolorów. Stary malarz miał pozostawić sobie na koniec zaledwie cztery barwy palety antycznej – czerwień, ugier, biel i czerń.

Pierwsza Danae otwiera wystawę, druga ją zamyka. Pomiędzy nimi – płótna ilustrujące niezwykłą rywalizację weneckich artystów w latach od czterdziestych do osiemdziesiątych szesnastego wieku. Tycjan, Tintoretto, Veronese i inni.

Wenecja Cinquecenta traciła już potęgę polityczną i ekonomiczną, ale jej bogactwo wciąż dawało miastu znaczącą pozycję w kulturze Włoch i Europy. Rywalizacja z innymi ośrodkami - w dobie wielkiego znaczenia sztuki – była coraz częściej rywalizacją artystów. Osobność sztuki weneckiej to także odrębny, wyrazisty styl malarski. Jednym z jego ojców był Tiziano Vecellio, znany jako Tycjan.

Giorgio Vasari przytacza w Żywotach... swoja rozmowę z Michałem Aniołem po obejrzeniu powstałego w Rzymie obrazu Tycjana Danae. Z pewnym zdumieniem konstatują, że wenecjanin nie rysuje kompozycji na kartonie, zanim przystąpi do malowania. Nie szczędząc uznania dla finezji kolorystycznej obrazu, Vasari zgadza się z mistrzem: gdyby artysta posiadł umiejętność rysunku, jego obrazy nie miałyby sobie równych. I jakże w duchu epoki dodaje: „kto dobrze nie rysuje i nie studiuje dostatecznie antyku, ale i dzieł nowszych, przez samo ćwiczenie nie może dobrze malować, nie może doskonalić tego, co wzorem natury ma być malowane, a z drugiej strony brakować mu będzie wdzięku i doskonałości, które to wartości posiada sztuka, i to lepsze czasami niż wzory z natury, stwarzającej rzeczy niekoniecznie piękne.”

Giorgio Vasari, wierny uczeń Michała Anioła, uważający go za bezwzględny autorytet w sprawach sztuki, nie mógł postrzegać tego inaczej, tu bowiem zasadza się podstawowa różnica między florenckim i rzymskim a weneckim malarstwem dojrzałego renesansu. Rzymianie i florentczycy uznają rysunek i kompozycję za rzecz podstawową. Wenecjanie oddają prymat kolorowi i światłu, ich obrazy to klimat i nastrój, drżący blask, przenikanie się barw... 
 
Pamiętajmy, że Renesans to okres rozkwitu teorii malarstwa i dyskusji o sztuce. Rozważanie, co jest istotą malarstwa – rysunek czy kolor – zrodzone na gruncie przekonania, że zadaniem sztuki jest wierne oddanie rzeczywistości, mogło się pojawić dopiero w tej epoce, wobec przekonania, że sztuka ma odzwierciedlać naturę, ale przetrwało w refleksji krytycznej aż do XIX wieku. Krytycy związani z rzymską Akademią św. Łucji uważali, że podstawą malarstwa jest rysunek: kontur, wypełniony kolorem, wymodelowany światłocieniem. Brak tego konturu, a przy tym z gruntu inne podejście Wenecjan do malarstwa, skłonni byli przypisywać brakowi umiejętności. 
 
Tymczasem, jak pisze Rzepińska, Wenecjanie „wywoływali formę figur i przedmiotów niejako „od środka” a nie od zewnątrz graficznym, ścisłym obrysem. Nie było to kolorowanie opracowanego uprzednio rysunku, lecz całościowe ustalanie układu form, precyzowanie planów i akcentów kompozycyjnych przede wszystkim za pomocą koloru, ujmowanego nieodłącznie od cienia i światła.”

Może odpowiedź na pytanie o źródła odmienności malarstwa weneckiego znajduje się w samym mieście: w mgłach spowijających kanały i pałace, w świetlistych woalach poranka nad laguną, w mroku zaułków, w blasku słońca odbitym od wody, wślizgującym się przez wysokie okna? W sennej, niedookreślonej naturze samej Wenecji, gdzie przedmioty nie są obwiedzione – jak w jaskrawym rzymskim świetle – wyrazistym konturem, lecz wyłaniają się i znikają jak duchy siebie samych? W Wenecji Guardiego, Canaletta i Turnera? 
 
Tak, jak nie sposób do końca zrozumieć El Greca bez nocy w Toledo, Poussina bez oplecionych bluszczem drzew w lasach Ile-de-France, Holendrów bez gnanych wiatrem chmur nad płaskim horyzontem, Altdorfera bez alpejskich krajobrazów, Cezanne'a bez jaskrawego słońca Prowansji, błękitu Belliniego i Veronesego bez włoskiego nieba - nie zrozumiemy zachwycenia malarzy weneckich cudem barwy i światła, nie pamiętając o miejscu, w którym tworzyli...

Wystawa w Luwrze: Titien, Tintoret, Véronèse... Rivalités à Venise zgromadziła dzieła tych i innych malarzy. Nie mając ambicji syntetycznych, autorzy pokazali szlachetną rywalizację artystów - należących zresztą do różnych pokoleń – której metaforycznym obrazem jest scena z Wesela w Kanie Galilejskiej Veronesego, gdzie według tradycji jako muzycy przedstawieni zostali Tycjan, Jacopo Robusti zwany Tintoretto, Jacopo Bassano i sam autor, Paolo Caliari, zjednoczeni w harmonijnym, kameralnym koncercie.

Sceny zbiorowe, takie jak Wesele w Kanie czy Pielgrzymi w Emaus były na wystawie licznie reprezentowane. W części zatytułowanej Sacrum i profanum dobór obrazów ukazuje, jak malarze wprowadzali do obrazów religijnych treści świeckie: portrety zamawiających i ich rodzin, realia życia codziennego, psy. To przede wszystkim portrety psów – które chętnie malował też Jacopo Bassano, czyniący z tematów „pospolitych” znak szczególny swojego malarstwa - na obrazach religijnych Veronesego tak wzburzyły inkwizytorów, że malarz musiał się mocno tłumaczyć.


W istocie, na wielkim płótnie z Luwru, przedstawiającym Pielgrzymów z Emaus, to nie Jezus przykuwa uwagę widza, lecz scenka na pierwszym planie, dwie dziewczynki z psem: jedna, zamyślona piękność, z wielkimi oczami zwróconymi ku nam, lecz nas niewidzącymi; druga, pulchny łobuziak, tarmosi cierpliwego wyżła, z rezygnacją poddającego się pieszczotom.

Religijne sceny to często kameralne nokturny, jak Chrzest Chrystusa czy Złożenie do grobu.


W mroku ukazywany jest też zazwyczaj pokutujący święty Hieronim, któremu poświęcono osobną salę. Zwykle malowany jako półnagi starzec, w nieprzyjaznej scenerii pustyni, z płonącym niebem - jak u Tycjana - zawsze wśród ksiąg. Tylko Veronese przedstawia go w altanie - w dali widać kościół, drzewa i jasny błękit nieba. Kardynalski kapelusz odwieszony na kolek. Trudno to nazwać pokutą, wygląda raczej na popołudniowy odpoczynek przy lekturze.

Światło, wielki temat malarstwa, fascynuje malarzy weneckich. Refleks i blask – połyskliwa zbroja admirała Sebastiana Venier czy świętego Jerzego u Tintoretta, Wenus Tycjana przeglądająca się w trzymanym przez Amora zwierciadle, lśnienie klejnotów i tkanin; kaskady w Chrzcie Chrystusa Tintoretta, świeca w Złożeniu do grobu Bassana. Niedaleko już stąd i do nokturnów Rembrandta, i do holenderskich martwych natur.


Świecka tematyka wkrada się nie tylko do wielkich scen religijnych. Powstają coraz częściej obrazy nie uciekające się do religijnego czy mitologicznego pretekstu, by pokazać codzienność. Tycjanowskie Dziecko z psami: chłopczyk w kusej koszulce obejmuje białego psa, a karmiąca szczenięta suka czujnie spogląda na widza. Myśliwskie psy Bassana.

Rozleglejszy temat to portrety. Tycjan malował i papieży, i dożów, Tintoretto i Veronese portretowali weneckich patrycjuszy. Dwa – stanowiące całość - obrazy tego ostatniego pozwalają dostrzec, że jest to świat mężczyzn.

Iseppo da Porto, krzepki trzydziestolatek spoglądający na widza ciemnymi oczami, lewą ręką przytrzymując szpadę i luźną, podbita futrem kurtkę, prawą otacza Adriana, miniaturkę ojca. Chłopiec, choć dodaje sobie odwagi trzymając rękę taty, bystrym i ciekawym wzrokiem spogląda w bok. Obaj sprawiają wrażenie, jakby mieli ochotę coś spsocić. Jakiż kontrast z matką i córką, przedstawionymi na sąsiednim portrecie: są lalkami w ładnych sukniach, dziewczynka niepewna siebie, kobieta o twarzy pozbawionej wyrazu. Czy takie właśnie były wenecjanki?


Nie sposób oprzeć się temu wrażeniu, patrząc na sposób ukazywania kobiet w malarstwie weneckiego Cinquecenta. Kobieta jest tu ciałem, nie indywidualnością, nawet wtedy, gdy jest boginią. Tycjanowska Wenus czy Zuzanna Tintoretta zainteresowane jedynie odbiciem swojej twarzy w lustrze; napastowana przez Tarkwiniusza Lukrecja Tintoretta, której twarz nie wyraża nic; obojętna w objęciach Marsa Wenus Veronesego. Danae Tycjana, nieświadoma istoty tego, co ją spotkało...

Ale jakże owo ciało jest namalowane! Lśnienie i gładkość skóry, złocistość misternie splecionych warkoczy... aż chce się przywołać westchnienie Czesława Miłosza:
Gdybym ja mógł weneckie kurtyzany
Opisać, jak w podwórzu witką drażnią pawia
I z tkaniny jedwabnej, z perłowej przepaski
Wyłuskać ociężałe piersi...

Słowa są bezradne. Na szczęście pozostają obrazy.



Titien, Tintoret, Véronèse... Rivalités à Venise
Paryż, Luwr, 17 września 2009 – 4 stycznia 2010

__________
 
Tekst ukazał się w Kwartalniku Literackim Kresy nr 81-2

Źródło ilustracji: Wikimedia commons


czwartek, 3 maja 2018

"głos miłości, obcy ziemskim więzom..."

Śpiew wilgi o poranku 1 maja. Z wierzchołka wysokiego dębu niesie się daleko. Nigdy nie przylatywały tak wcześnie, ale tego roku wiosna wybuchła późno i gwałtownie, oszołamiając nie tylko ptaki. Drzewa zakwitły niemal wszystkie naraz, jabłonie i bzy zaraz po ałyczach. Drozdy krzątały się w trawie, młody kos wyśpiewywał swoją piosenkę, czasem kończąc ją zgrzytliwie, słodko pogwizdywał rudzik, w żywopłotach głośno ćwierkały wróble. Teraz stopniowo wszystko cichnie. W gniazdach już są jaja, a nawet pisklęta. Gawrony zamilkły, zajęte potomstwem (ich gniazda tym razem uratowaliśmy przed zniszczeniem).


Cud ptasiego śpiewu nie przestaje mnie zdumiewać od czasu, gdy zrozumiałam, że jest sztuką, wyrazem indywidualnego talentu i kreatywności, owocem tysięcy godzin ćwiczeń. Jest też językiem o wielu regionalnych odmianach. Uświadomiłam to sobie, słuchając śpiewu kosów. Już o nich tu pisałam. Lubię szczególnie śląskie kosy, a zwłaszcza tego, który budzi mnie w Tarnowskich Górach. Najbardziej utalentowanego i wytrwałego śpiewaka. Być może to kolejne pokolenie na osiedlu, bo słyszałam go już wiele lat temu podczas telefonicznych rozmów z Mamą, gdy dawał wieczorny koncert.


Czytając "Geniusz ptaków" Jennifer Ackerman utwierdzam się w przekonaniu o niezwykłości tego śpiewu.
 
Ptaki śpiewające uczą się tak jak ludzie - słuchają dorosłych, ćwiczą, doskonalą swoje umiejętności. Często śpiewają dla siebie, gdy w pobliżu nie ma innych osobników ich gatunku.

Głos i śpiew: ten pierwszy to krótki komunikat - wezwanie, ostrzeżenie, prośba. Głos jest wrodzony, śpiew wymaga nauki. Usłyszenia dźwięku i samodzielnego powtarzania go, czasem tysiące razy.

"Ptaki wiedzą, gdzie i kiedy śpiewać. Na otwartej przestrzeni dźwięk rozchodzi się najlepiej na wysokości paru metrów nad roślinnością, dlatego też ptaki śpiewają siedząc na gałęziach, aby ograniczyć interferencje. Te, które śpiewają w leśnym poszyciu, używają dźwięków tonalnych i niższych częstotliwości, niż ptaki śpiewające w koronach drzew. Niektóre tak dobierają częstotliwość, aby hałas owadów i ruchu drogowego nie zakłócał ich melodii."

Już Arystoteles zauważył, że ptaki uczą się śpiewu i śpiewają inaczej niż rodzice, gdy były wychowane z dala od nich. Podobnie Darwin - sądził, że ptaki posiadają instynkt śpiewu, lecz samodzielnie uczą się pieśni.

Uczenie się zaczyna się w gnieździe. Pierwszym nauczycielem jest ojciec. Dziecko słucha i zapamiętuje. W jego mózgu rozwijają się ośrodki odpowiedzialne za śpiew. Kiedy zacznie samodzielnie śpiewać, będzie miało w pamięci pieśń swojego nauczyciela. Najważniejsze pozostaną pieśni charakterystyczne dla własnego gatunku, nawet u ptaków, które znakomicie przedrzeźniają inne. Jeśli ptak nie ma nauczyciela - i to w tym wczesnym okresie, gdy kształtuje się mózg - nigdy nie stanie się dobrym śpiewakiem.

Następnie młody ptak poznaje swoje możliwości. Początkowo śpiewa niewprawnie, cicho, przerywając śpiew zgrzytliwymi dźwiękami. Uczy się koordynować obie strony krtani dolnej, wyśpiewując bezładnie znane sobie dźwięki. Stopniowo przechodzi do właściwego śpiewu. Powtarza piosenkę tysiące razy.

Im lepiej śpiewa, tym bardziej jest zadowolony i szczęśliwy.

We śnie jego mózg przetwarza usłyszane w dzień pieśni. Rano śpiewa gorzej, lecz w ciągu dnia jakość wykonania rośnie.

"Jakość wykonania pieśni przez młodego samca zeberki zależy w dużej mierze od tego, czy i kto go słucha. Kiedy jest sam, śpiewa w trybie strojenia. Taka pieśń nie jest przeznaczona dla nikogo. Ale jeżeli w pobliżu znajduje się samica, samczyk zaprezentuje najlepszą wersję swojej pieśni i będzie ją wielokrotnie powtarzał specjalnie dla niej."

Pieśń miłosna, im bardziej bliska doskonałości, tym bardziej upaja i słuchaczkę, i artystę. Siedząc na czubku drzewa, widoczny dla drapieżników, samczyk komunikuje potencjalnej partnerce: tu jestem, wybierz mnie!

Ona wybierze tego, który śpiewa najpiękniej.

______________________


Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Nieporozumienie
Jennifer Ackerman Geniusz ptaków tłumaczenie Barbara Gutowska-Nowak

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Powrót na Korsykę (7): miasto umarłych




"Przez stulecia praktykowany na Korsyce obyczaj pochówku na odziedziczonej po przodkach ziemi przypominał kontrakt dotyczący niezbywalności owego gruntu, milcząco odnawiany z pokolenia na pokolenie między każdym zmarłym a jego potomstwem, Wszędzie, da paese a paese, natykamy się zatem na małe kapliczki, grobowce i mauzolea (...) W takich miejscach, nierzadko szczególnie pięknych i zapewniających rozległy widok  na rodzinne grunta, wioskę i dalsze okolice, zmarli przebywali niejako wciąż u siebie, nie na wygnaniu, i mogli nadal czuwać nad granicami swego terytorium." - pisze W.G. Sebald w eseju "Campo santo".


Obowiązek grzebania zmarłych na cmentarzach zaprowadzono na Korsyce w połowie XIX wieku i spotkał się on z dużym oporem.


Dwustuletni cmentarz w Bonifacio jest dziś uważany za jeden z najpiękniejszych we Francji. Cmentarz morski: położony niemal na końcu cypla, w sąsiedztwie klasztoru św Franciszka, na szczycie klifu, z rozległym widokiem na morze, Sardynię, zachodzące słońce. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce spoczynku.


Gdy tu jesteśmy w kwietniowe popołudnie, panuje cisza i spokój. Trudno uwierzyć, że każdego roku zagląda tu kilkaset tysięcy turystów.

To małe miasteczko. Miasto umarłych. Z głównym placem, pomnikami, ulicami. Mieszkają tu obok siebie, jak za życia. Nie odeszli na zawsze, przeszli jedynie na druga stronę. Nie sposób oprzeć się myśli, że jest taka pora - dnia albo roku - gdy wychodzą ze swoich siedzib, spotykają się na placu, rozmawiają...



"Co roku w Dzień Zaduszny  w korsykańskich domach specjalnie dla nich zastawiano stół albo przynajmniej na parapecie okna wykładano, jak dla głodnych ptaków zimą, nieco pieczywa, wierzono bowiem, że nocą przychodzą w odwiedziny, aby się trochę pożywić (...) A ponieważ zmarłym, jak wiadomo, zawsze jest zimno, pilnowano, by ogień na palenisku nie wygasł przed nadejściem świtu".



"Wedle powszechnego mniemania bynajmniej nie przebywali na wieki w bezpiecznej dali zaświatów, traktowano ich nadal jak tubylczych krewnych, tyle że znajdujących się w szczególnym stanie i jako communita dei defunti tworzących swego rodzaju solidarną wspólnotę przeciwko tym, którzy jeszcze nie umarli"




W.G. Sebald Campo santo przełożyła Małgorzata Łukasiewicz

niedziela, 15 kwietnia 2018

Z Beaumont do Monpazier - szlakiem bastyd

 Beaumont (1272)

Po tygodniu spędzonym w Perigord ruszyliśmy na zachód, odwiedzając średniowieczne miasteczka. Wiele z nich to bastydy - miasta obronne o starannie zaprojektowanym, charakterystycznym układzie, ufundowane i zbudowane przez władcę lub seniora. 

                             
Co ciekawe, pierwsze bastydy nie miały murów obronnych - powstawały w okresie względnego spokoju. Potem je ufortyfikowano.


We Francji jest około 500-700 bastyd, w zależności od tego, jak szeroko je definiujemy. Większość z nich znajduje się w Oksytanii, a wybudowano je w ciągu dwóch stuleci: od 1200 do 1400 roku. W tym czasie południowy zachód Francji był regionem należącym częściowo do Francji, a częściowo do królów Anglii. Beaumont i Monpazier to bastydy typu angielskiego, ufundowane przez Plantagenetów.


Poza ścisłym centrum coraz rozleglejsze ogrody.
 
W murach liczących może i 700 lat nadal mieszkają ludzie.


















Bastydy zostały ustanowione w dość arbitralny sposób, często na terenach niezagospodarowanych, lecz większość utworzono na terenach istniejących wiosek lub na skrzyżowaniach szlaków. Były "nowymi miastami". Zostały zbudowane w celu uporządkowania społeczeństwa, a nie dostosowania się do szybko rosnącej populacji. Poddani przenoszący się do miast zyskiwali status ludzi wolnych.


Bastydy służyły modernizacji - porządkowały życie tam, gdzie do niedawna ziemia była dzika i niegościnna. Gromadziły ludność w ośrodkach, które łatwiej było kontrolować i bronić, służyły rozwojowi handlu. Pełniły zatem funkcje ekonomiczne, militarne, administracyjne, lecz również religijne. Bastydy, promując działalność gospodarczą, pozwalały panom, którzy je założyli, na podniesienie podatków, zapewniając jednocześnie wyższy standard życia tym, którzy w nich zamieszkali.


Większość bastyd zbudowano na planie siatki, z centralnym placem. Podobnie wygląda plan Aigues Mortes w delcie Rodanu, oparty na rzymskim castrum. 


Monpazier (1285) 

Idea centralnego placu mogła pochodzić ze świata islamu, przyniesiona przez krzyżowców albo z mauretańskiej Hiszpanii. Główny plac jest zwykle otoczony arkadami; pełnił funkcję centrum handlowego i rynku. Główne ulice to tzw. carreyras lub carriage, ponieważ są wystarczająco szerokie dla wozów.

Na rynku zwykle znajduje się hala targowa.

Do dziś ważne dla mieszkańców miejsce, gdzie można spotkać szczęśliwych Francuzów.













Kościół często znajduje się  w sąsiedztwie rynku, ale nie jest to bezwzględna reguła. 




Zwykle ma charakter obronny.












 

Arkady dają schronienie przed skwarem południa.


A rynek ciągle pozostaje centrum życia miasteczka, choć niekoniecznie w sierpniowym skwarze.












Strona godna uwagi