niedziela, 14 kwietnia 2019

Teatr ciszy






W teatro del Silenzio najlepiej być przed zmierzchem.



















Można tu podjechać z Lajatico, bo  amfiteatr znajduje się tuż za wioską. Można też pojechać 2 i pól kilometra gruntową drogą wśród łagodnych pagórków, w ciszy wypełnionej jedynie świergotem ptaków.


















Teatr leży w dolince. Na wodzie - sądziłam, że ten zbiornik jest większy - wysepka  z rzeźbą. Pieta wyłaniająca się z białych brył.
































Kiedyś, na samym początku, była to rzeźba Mitoraja, jakby stworzona  dla tego miejsca. Do tej niemal monumentalnej, świętej ciszy.


Teatro del Silenzio stworzył Andrea Bocelli wspólnie ze swoim rodzinnym miasteczkiem, Lajatico.

piątek, 5 kwietnia 2019

Martwe wody

Martwa laguna jest daleko, na północny wschód od Wenecji. Za Burano i Torcello, gdzie prawie nikt nie mieszka, a błotniste łachy i nieoznakowane kanały bronią dostępu. Tam właśnie leży Sant'Ariano, wyspa ossuarium, miejsce spoczynku nieznane i znacznie mniej atrakcyjne niż kultowy cmentarz San Michele. 


Od stuleci kości są tam przenoszone z krypt kościelnych i grobowców, i bezładnie porzucane na ogrodzonym, niewielkim terenie, gdzie szczury i węże mają swoje imperium. Świetna sceneria horroru albo kryminału. „Złowroga dżungla, której korzenie tuczyły się na setkach tysięcy ludzkich szkieletów” - pisze Michel Dibdin. Gdy Giacomo, drobny rzezimieszek, spotyka tam stojącego trupa, wariuje.


Do „Martwej laguny” wróciłam po latach. Dobrze jest czytać, gdy wyobraźnia ma oparcie we własnych wspomnieniach, bo Wenecja i laguna są pełnoprawnymi bohaterkami tej książki. Znaczą tu więcej, niż w powieściach Donny Leon, gdzie komisarz Brunetti zawsze wraca do bezpiecznego domu.
 

Aurelio Zen, choć z pochodzenia wenecjanin, nie jest tu u siebie po wielu latach mieszkania w Rzymie. Zna miasto, ale pozostaje z nim w splocie sprzecznych emocji. Wenecja, przyjazna i dobroduszna za dnia, prowincjonalne miasto żyjące codziennością obok własnej legendy i obok tłumów turystów, ku wieczorowi się zmienia. W jej zaułkach czai się mrok, jej podwórka bywają pułapkami, ulice labiryntem. 



Jest tu rozdział rewelacyjny, XXV, jeden z ostatnich. Dwaj mężczyźni idą przez nocne miasto. Jeden ucieka, drugi za nim podąża. Z Campo Santa Margherita do Rialto, przez targ rybny do Campo delle Beccarie, San Giacomo dell'Orio aż na nabrzeże naprzeciw dworca kolejowego i potem na Piazzale Roma. Stamtąd tramwajem wodnym do Santa Marta (nie Santa Maria, jak w powieści) – i przez most nad Rio dell'Arzere. I znów labiryntem uliczek Dorsoduro w stronę terminalu promowego Zattere.
„Bryza wzburzyła kanał Giudecca i podniosła krótkie fale, które uderzały hałaśliwie o kamienne nabrzeże, co pewien czas zalewając bulwar spienioną wodą”. Idą dalej, okrążają cypel, na drugim brzegu Basenu św. Marka widzą światła Riva degli Schiavoni. Przez Punta della Dogana w stronę Salute, a potem Akademii. Przez most idą w stronę Campo San Stefano, a potem do „ponurego potwora San Moise”. Nie wchodzą na Piazza, lecz idą nabrzeżem do Rio dell'Arsenale. „Dotarli do terenu, który francuscy najeźdźcy zmienili w park publiczny ze ścieżkami, fontannami i posagami, podejmując nieudaną próbę zmienienia Serenissima w normalne, przyzwoite miasto”. To nie koniec. Jest jeszcze Sant'Elena i jej „rzadki piniowy lasek”. A potem vaporetto płynące na Lido.


W którymś momencie powieść staje się przerażająca, i nie jest to pierwszy rozdział, jak wzięty z horroru. Ta groza narasta, płynie pod skórą opowieści i nagle, gdy już wydaje się, że sprawiedliwość zwycięży, zdarza się coś, co podważa wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi.


Jedna z najlepszych książek o mroku Wenecji. I o mroku, który jest w nas. 

Michael Dibdin "Martwa laguna" przełożył Krzysztof Fordoński