czwartek, 31 grudnia 2015

Przejście przez strumień (6)

Mieliśmy wtedy szesnaście lat. Wróciliśmy po wakacjach do szkoły. Jej wysokie, tonące w półmroku wnętrza już nie były obce i tajemnicze, jak przed rokiem. Należały do nas, podobnie jak widok drzew za oknem i ledwo tłumione odgłosy ruchu ulicznego. Byliśmy już sobie bliscy i żal, że wakacje się skończyły, przygasł szybko. Pamiętam niecierpliwość, z jaką szedłem do szkoły. Ciekawość, co się zdarzyło innym i czy przedwakacyjne sympatie znów ożyją. Pierwszego dnia dyrektor nas przywitał na boisku i poszliśmy do klas. Wakacje szybko stały się przeszłością, pochłonęło nas bez reszty szkolne życie.
Ona pojawiła się później, po kilku dniach. Pamiętam nawet, że było to podczas nużącej i nielubianej lekcji matematyki. Nielubianej przez większość z nas i chyba także przez nauczycielkę, która sprawiała wrażenie, jakby uczenie nas tego przedmiotu było dotkliwą i niezasłużoną karą, od której gorsze mogło być tylko jedno: bycie naszą wychowawczynią. A że spotkały ją naraz obydwa te nieszczęścia, dawała to odczuć na każdym kroku - zwano nas zresztą z tego powodu „tresowaną klasą”. Tym razem też żandarmskim tonem udzielała nam jakichś pouczeń. I wtedy otworzyły się drzwi.
Weszła wicedyrektorka, za nią dziewczyna.
Dziewczynka. Krucha i drobna. 
Madonna Rafaela.
W zapadłej nagle ciszy słyszeliśmy własne przyspieszone oddechy.
Patrzyliśmy na nią. Ciemne, półdługie, lśniące włosy. Bardzo jasna skóra. I oczy, ciemne oczy, które dopiero z bliska ujawniały swój prawdziwy kolor: granatowoniebieski.
Dziewczyna przedstawiła się. Nosiła piękne nazwisko. Jakimkolwiek innym zastąpiłbym je teraz, nie zabrzmi tak, jak to prawdziwe. Dlatego zostanie Marią.
Byłem tam, w Miasteczku, na dziesięcioleciu matury. Józek i Ewa dotarli prawie do wszystkich. Do chłopaka, który był z nami tylko w pierwszej klasie; i tej sporej gromadki, która wyjechała na stałe do Niemiec.
- Pamiętacie Marię? - zapytała przy stole Karolina.
- A któż by nie pamiętał Marii? - roześmiał się Zbynio. Inni nie powiedzieli nic, lecz zdradził ich wyraz twarzy, nagle u wszystkich podobny.
- Więc dlaczego jej tutaj nie ma? Próbowaliście ją odnaleźć? - nalegała.
- Pewnie zmieniła nazwisko - niejasno próbował tłumaczyć się Józek, uciekając wzrokiem w bok.
Nie mógł przecież powiedzieć prawdy: bał się. Tak, jak balibyśmy się wszyscy, wiedząc, że ona tutaj będzie. Tego, że skoczymy sobie do oczu... albo tego, że ona teraz, po latach, okaże się zwyczajną kobietą.
I jeszcze tego, że dziewczyny mogłyby nam tego nie wybaczyć. Jedna Karolina...

Wtedy, kiedy Maria przedstawiła się klasie, Bożena powiedziała do Karoliny: będę z nią siedzieć. Nosi takie piękne nazwisko. Karolina poczuła się dziwnie, nie bardzo rozumiała, jak może nagle odejść, rozstać się z koleżanką z ławki dla kogoś, o kim nic nie wie, ale tego nie skomentowała. Na razie wychowawczyni posadziła Marię w pierwszym rzędzie.
Do końca lekcji nic już nie słyszałem. Dwa rzędy przed sobą widziałem ciemne, lśniące włosy, opadające na szczupłe ramiona w granatowym sweterku. Czekaliśmy na dzwonek, jak podczas najgorszego odpytywania.
Nie wiem, jak zniosły to dziewczyny. Przez tydzień chodziliśmy za nią jak sfora psów. Śledziliśmy każdy jej ruch. Nie pamiętam, by któryś się oparł. Nie mówiła wiele. Słuchała. Siadała na parapecie i pozwalała się adorować. Pewnie cały czas nas taksowała, a my staraliśmy się wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Musiała wybrać. Gdyby nie wybrała, nie dalibyśmy jej spokoju.
Oczywiście pojawiły się plotki. Dziewczyna z równoległej klasy mieszkała w tym samym domu, co Maria. Przyjechała na rok do wujostwa, raczej nie zostanie dłużej. Musiała wyjechać, bo narobiła sobie kłopotów. Jakich? Nikt nie wiedział. Domyślaliśmy się różnych rzeczy. My, w Miasteczku, byliśmy niewinni i naiwni. W drugiej licealnej wielu z nas nie znało jeszcze smaku alkoholu. Może byli tacy, którzy już spali z dziewczyną, ale jakoś nikt się tym za bardzo nie chwalił. A narkotyki znaliśmy tylko z amerykańskich filmów.
Maria, gość z wielkiego świata, niosła ze sobą tajemniczą aurę. Zepsucia? Niebezpieczeństwa? Nieposłuszeństwa?
Pod tym ubiorem grzecznej dziewczynki było ciało, o którym marzyliśmy. Pełne piersi, jakby za ciężkie dla wątłych ramion. Kształtne biodra. Szczupłe nogi, długie jak u źrebaka. Miękka taneczność ruchów. Czasem niby bezwiednie podciągała białe pończochy (pończochy!) pod granatową układaną spódniczką. Czułem, że zaraz zemdleję, krew uderzała mi do głowy.
Była istotą z innego świata. Miała, drobne, szczupłe dłonie i maleńkie stopy. Przybywała z dziewiętnastowiecznych kamienic o wysokich pokojach w amfiladzie, w których stały serwantki pełne starej porcelany, a na ścianach wisiały kossaki i mehoffery. Była porcelanową lalką, ale i niegrzeczną dziewczynką, która tak nabroiła, że trzeba było ja wysłać daleko od domu, a my marzyliśmy, by nam pokazała, jak być niegrzecznym i robiła z nami to, co nam się śniło przez te wszystkie noce, od chwili, gdy weszła do naszej klasy podczas lekcji matematyki. 
Musiała wybrać. Napięcie nieubłaganie rosło, a dziewczyny, coraz bardziej rozbawione amokiem, w jaki wpadliśmy, przyglądały się nam z irytacją i politowaniem. Czy czuły zazdrość? Może niektóre. Byliśmy klasą kumpli, wszystko, co robiliśmy razem, to były wspólne powroty ze szkoły, wyjścia do kina i niewinne przytulanki na szkolnych zabawach. Jeszcze nie zaczął się okres prywatek, zaciemnionych pokoi, pościelowej muzyki i nieznośnie słodkich, podniecających poszukiwań, więc kiedy nasze koleżanki, towarzyszki rowerowych wypraw i wspólniczki szkolnych buntów zobaczyły nas w tym stanie, musiały być trochę zniesmaczone.
Niektóre nie umiały ukryć zazdrości, to prawda. Było kilka pretendentek do roli gwiazdy i nie da się ukryć, że Maria je zaćmiła. Nic nie mówiąc: po prostu będąc tam.
W końcu wybrała.
Nie uwierzycie, kogo.
Marek był niepozornym, drobnym chłopakiem. Zdolny, ale w tej klasie kujonów należał do średniaków. Lubiliśmy go za koleżeństwo i uczynność. Miał w sobie delikatność, wrażliwość, jakiś rodzaj kruchości. Może właśnie dlatego Maria go wybrała: wiedząc, że musi wybrać jak najprędzej i bojąc się, że popełni błąd. A może się mylę? Może... Ale jak w tej sytuacji wytłumaczyć dalszy rozwój wydarzeń?
 
Karolina i Marek chodzili razem do podstawówki. Nadal się lubili, było to nie tylko wynikiem długoletniej znajomości; łączyło ich wspomnienie wspólnego, jeszcze dziecięcego zauroczenia, fascynacji, która trwała między nimi przez kilka lat. Liściki wysyłane na lekcjach, wymiana fotografii, spacery po parku. Cudowne i niewinne, westchnęła Karolina, gdy na dziesięcioleciu zabrakło Marka.
A wtedy? Tej jesieni wczesnych lat siedemdziesiątych? Któregoś dnia Marek i Maria po prostu wyszli razem ze szkoły. Odpadliśmy.
Po kilku dniach przed szkołą zaczął pojawiać się kolega Karoliny i Marka z podstawówki, Andrzej z technikum mechanicznego. Tamta ich klasa była zgraną paczką rozrabiaków, postrachem nauczycieli. Wychowawców zmieniano im kilka razy, a i tak cieszyli się opinią najgorszej klasy w szkole. Kilkoro z nich ciągle trzymało się razem. Trochę im zazdrościłem: moi dawni kumple żyli teraz w innych światach.
Chodzili tak we czwórkę: po lekcjach szli do „Eskimosa” albo do „Miłej”. Można tam było siedzieć przy szklance herbaty choćby parę godzin. Czasem spacerowali po rozległym miejskim parku - widywałem ich grając w tenisa - Marek i Maria przodem, za nimi w pewnej odległości Karolina i Andrzej. Machaliśmy do siebie, próbowałem grać dalej, gubiłem piłki, przegrywałem. Wieczorem leżąc na łóżku przywoływałem jej obraz, jej granatowe oczy, szept i uśmiech, kiedy podczas klasówki z chemii prosiła mnie o podpowiedź. Nie mogłem zasnąć, nie mogłem nikomu o tym opowiedzieć, choć wiedziałem, że nie jestem odosobniony. Przecież widziałem ten łakomy wzrok, jakim patrzyli na nią, gdy przechodziła, te dumne i spłoszone spojrzenia, gdy zwracała się do któregoś z nas. Niektórzy wygadywali o niej niestworzone rzeczy, lecząc w ten sposób wyimaginowane rany, zadane przez Marię ich miłości własnej. Wolałem milczeć, by nie wydać się żałosnym.
Trwało to parę miesięcy. Kibicowaliśmy, czujni na wypadek, gdyby przyszedł czas na zmianę warty. Tyle, że żaden z nas nie zauważył, kiedy ten czas nadszedł, nawet Karolina. Powinna była się domyślić, ale chyba nie miało to dla niej znaczenia. Kiedyś Maria zapytała ją, czy podoba jej się Andrzej. Był przystojnym facetem, wysoki, barczysty, o ładnej twarzy i falujących ciemnych włosach. Pierwszy w Miasteczku miał jasnoniebieskie wranglery, przedmiot zazdrości obu płci. Podobał się dziewczynom, ale dla Karoliny był wyłącznie przyjacielem i ceniła to sobie, nie mając ochoty ryzykować sprawdzonej przyjaźni dla podejrzanego przedsięwzięcia zwanego „chodzeniem ze sobą”. Tak więc któregoś dnia... panowie zamienili się rolami. Andrzej i Maria w pierwszej parze, a za nimi Marek i Karolina w roli przyzwoitek. Najdziwniejsze, że w najmniejszym stopniu nie wpłynęło to na ich wzajemne stosunki: Andrzej i Marek byli nadal najbardziej lojalnymi kumplami. Tak, jakby ta kobieta nie stała między nimi. Może nie stała?
A potem skończył się rok szkolny i motyl odleciał. Nie zostawiła swojego adresu, nie napisała do nikogo, nawet do Karoliny. Maria nigdy nic o sobie nie mówiła, powiedziała mi potem Karolina, nie opowiadała o przeszłości ani o tym, co jest dla niej ważne, po prostu wracałyśmy razem ze szkoły, rozmawiając o byle czym. Przez tyle lat nie myślałam o niej. Byłam wiele razy w tamtych stronach, a nawet nie przyszło mi do głowy, żeby odszukać jej numer telefonu. Myślisz, że zmieniła nazwisko? Ja bym nie zmieniła. Było takie piękne.
 
Zapaliliśmy znicz na grobie Marka. Obok kwitł krzak dzikiej róży. 

Odcinek 5
Odcinek 7  

© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

 

Przejście przez strumień (5)

Nasz dom miał być wkrótce sprzedany. Za duży dla jednej rodziny, kłopotliwy w utrzymaniu ze względu na lokatorów, spełnił swoją rolę, dając schronienie przez tyle lat, a teraz miał iść w obce ręce.
Jego dzieje napawały mnie smutkiem i żalem. Zbudował go dziadek z myślą o swoich dzieciach. Niedługo się nim cieszył – gdy wybuchła wojna, musieli uciekać. On – by wywieźć jak najdalej dokumenty swojego urzędu. Także dlatego, że – za jego powstańczą przeszłość - aresztowaliby go w pierwszej kolejności.
Czy można sobie wyobrazić ten exodus, wędrówkę w upale tamtego września: z dziećmi, dobytkiem, w zatłoczonych towarowych wagonach... Pociąg ostrzeliwało niemieckie lotnictwo, a kiedy się zatrzymał, strzelali do uciekających, kryjących się w zbożu ludzi. Ginęli na oczach swych bliskich. Gdzieś potem zaopiekowano się dziećmi, a wkrótce trzeba było wracać - już nie do siebie, jak się okazało: dom zajęło Gestapo. Trzy dziewczynki wracały bez ojca – on dotarł do Lwowa z dokumentami, był tam na razie względnie bezpieczny.
Dlaczego wrócił, wiedząc, że nie ma tu szans? Ktoś musi wychować dzieci – czy podejmą się tego krewni?
Aresztowali go nie od razu – przez jakiś czas ukrywał się. Potem już były tylko krótkie listy od czasu do czasu, z tego miejsca w Bawarii, listy, w których nic nie mógł napisać, dawał jedynie znak, że żyje.

Wyprowadziliśmy się stamtąd. Dostaliśmy mieszkanie w bloku, w innej dzielnicy miasta. Koniec z paleniem w piecach, cieszyła się matka. No tak. Nie pomyśleli, że to także koniec tego, czym dotąd żyłem. Zaczynałem naukę w liceum, prawie nikt z mojej klasy tam się nie wybierał. Traciłem wszystko.
Tamte wakacje spędziłem czytając. „Trylogia” po raz piąty, a także Szekspir. Potem „Martin Eden”, przeczytany z wypiekami na twarzy. Czy taka musi być cena spełnienia, zastanawiałem się. Nie ma innej drogi? I jaką wybrałbym ja? Nie miałem wątpliwości. Żadnych kompromisów. Nawet, jeśli trzeba będzie zapłacić tę cenę. Nie złamię się. Nie będę żyć tak, jak wszyscy wokół. 

Zawsze to samo. Wchodzę i staję z boku. Patrzę na tę grupę obcych ludzi i zastanawiam się, co ja tutaj robię? Rozmawiam z nimi, zaprzyjaźniam się nawet i ciągle czuję, że jestem obok. Jestem obcy, inny.
Tak było już w przedszkolu, mam zdjęcie: wszystkie dzieci pchają się do pani, która rozdaje zabawki - wyciągnięte ręce, krzyk, przepychanka. W dolnym rogu fotografii widać czapkę i kawałek płaszczyka dziecka, które stoi i przygląda się tej scenie. Z dystansem, niesmakiem - i żalem. To ja. Już wiem, że nie umiem być jak oni. I że to jest kalectwo, które zaważy na moim życiu.
Więc jestem obok, samotny. To nie jest nieśmiałość, wynikająca z kompleksu niższości; raczej głęboka, niezachwiana świadomość obcości i przekonanie, że nikt z nich nie zrozumie, kim naprawdę jestem, więc nawet nie warto próbować. Samotność nie do opisania.
Skąd to się bierze? Skąd to przeklęte dziedzictwo, nie pozwalające mi być sobą? Mam tyle do powiedzenia; nic nie mówię z obawy, że mnie nie zrozumieją, zlekceważą, wyśmieją. Plotę głupstwa, robię głupie żarty, chcę być taki, jak oni. Choć wiem, że wcale nie chcę taki być.
Na szczęście to mija. Powoli oswajamy się nawzajem. Zaczynam dostrzegać, że oni są tak samo pełni lęku. Stajemy się sobie coraz bliżsi i to przynosi ulgę. Teraz, po paru miesiącach czuję, że jestem u siebie.

Odcinek 6

© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

Lago di Garda, raz jeszcze...





Lazise, Garda, październik


Lazise zwiedzamy w październikowe przedpołudnie.


 
Luna po raz pierwszy w życiu widzi łabędzie. Osłupiała.

 Za to Donna chętnie by zapolowała...
Historia Lazise, leżącego na wschodnim brzegu jeziora Garda, sięga czasów rzymskich. 
We wczesnym średniowieczu było wolnym miastem, a w 963 roku cesarz Otto I Wielki przyznał mu prawo do budowy fortyfikacji.


 
Obecne mury i zamek pochodzą z XIV wieku i zostały zbudowane przez ród Della Scala (Scaligeri), władców Werony.           
























 Jest pięknie.

 Pizza.
 Gelati per cani.
 I nowi znajomi.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Przejście przez strumień (4)

Miałem 13 lat. Był sierpień. Z jakiegoś powodu tamtego lata pojechaliśmy do babci w lipcu, a sierpień spędziłem w domu. Zdaje się, że ojciec gdzieś wtedy wyjechał, bo pewnie pamiętałbym jego obecność. Musiałbym przecież zapytać go, co się naprawdę dzieje. Inna sprawa, że nic nam nie mówili. Nasi rodzice zastosowali zmowę milczenia, postanawiając trzymać nas w nieświadomości świata, w jakim żyjemy. Przełomowym momentem było wystąpienie Bolka, wówczas pierwszoklasisty, kiedy nauczycielka zapytała o ulubione audycje radiowe.
- Wolna Europa! - wypalił Boluś.
Ponieważ cała nasza szóstka chodziła do tej samej szkoły, nie mieliśmy potem łatwego życia.
Był sierpień. Którejś nocy obudził mnie nadciągający łoskot, ryk silników, coraz głośniejszy. Boso podbiegłem do okna. Naszą wąską aleją ciągnęła karawana ogromnych pojazdów. Wielkie, pokryte plandekami ciężarówki. Ich oliwkowy kolor nie pozostawiał wątpliwości co do przeznaczenia. Jechali tak całą noc. I rano też. I przez kilka kolejnych dni.
- Mają ćwiczenia - odpowiedzieli rodzice, unikając dalszych wyjaśnień.
Codziennie staliśmy przed domem na „mostku”, wypatrując kolejnych kolumn. Czasem pojazdy zatrzymywały się. Jasnowłosi mężczyźni wychylali się z szoferek i zamieniali z nami kilka słów w obcym języku, którego nas uczono w szkole. Na ciężarówkach były napisy w ich alfabecie. Ćwiczenia? Zastanawialiśmy się, jakie to ćwiczenia wymagają takiej ilości sprzętu, przebywającego tak długą drogę, ale zmowa dorosłych była nie do przełamania. A potem kolumny samochodów przejechały, zniknęły, a nas pochłonęły przygotowania do szkoły.
Tak, dowiedziałem się, co się zdarzyło. Nie pozwolono nam o tym zapomnieć. Kiedy spytałem ojca, po czyjej stronie była słuszność, spojrzał na mnie ze smutkiem.
- Przecież wiesz - powiedział. - Ale nie rozmawiaj o tym z nikim.
Chciał, żebym nadal był dzieckiem. Czasem było to naprawdę trudne.
Moi koledzy ze szkoły i z sąsiedztwa należeli do gatunku zadowolonych z siebie, energicznych facetów. Nie wiem, dlaczego mnie akceptowali; starałem się im dorównać, choć byłem mniejszy i słabszy, ale też bardziej uparty i czasem, jak teraz widzę, skłonny do dzikiej brawury tylko po to, by im zaimponować. Wsiadaliśmy na rowery, pamiętające czasy króla Ćwieczka i jechaliśmy w świat wąskimi drogami wśród drzew, przez wsie pełne furmanek i traktorów, polnymi drogami w pyle lub błocie. Zrywaliśmy wiśnie w cudzych sadach i paliliśmy ogniska w porze uprzątania kartoflisk, siedząc długo w noc przy dogasających płomieniach i wyjadając żółtą zawartość pieczonych ziemniaków. Graliśmy w piłkę na kawałku ugoru za płotem albo właziliśmy na stryszek nad budynkiem gospodarczym, gdzie trzymano słomę, i tam, bezpiecznie ukryci, omawialiśmy niesłychanie ważne sprawy. W zimie, jeśli tylko było dość śniegu - a bywały takie zimy - leżąc na brzuchu na sankach zjeżdżaliśmy po jezdni w dół, ku przerażeniu rodziców, przekonanych, że zginiemy zaraz pod kołami samochodu.

Świat, jak od wieków, zmieniał się rytmie pór roku. Nie wiadomo kiedy topniał śnieg, zakwitały wiśnie, jabłonie i kasztany, w łanach zbóż kwitły chabry i kąkole, zaczynały się żniwa, a zaraz potem trzeba było się pakować i jechać na wieś. Tęskniłem za babką i za wsią, za przestrzenią jeszcze bardziej rozległą, za pochyłymi wzgórzami skłaniającymi się ku rzece, za domem i ogrodem, pełnymi kryjówek. Za wieczorami przy kuchennym stole, kiedy głośno czytałem babce gazetę, a później długo rozmawialiśmy.
Nie pamiętałem dziadka Witolda: miałem trzy lata, kiedy zmarł, i w mojej pamięci majaczyły tylko niejasne wspomnienia twarzy z siatką zmarszczek wokół oczu, uśmiechu, rąk, które mnie unosiły do góry. Dziadek był znacznie starszy od babki, kiedy się pobrali, ona miała dwadzieścia lat, on dobijał do pięćdziesiątki. Był wdowcem, utracił żonę i syna w czasie ucieczki z porewolucyjnej Ukrainy: zmarli na tyfus. On z matką dotarł do Polski, nie mieli tu rodziny; chciał robić to, co wcześniej, znaleźć posadę zarządcy jakiegoś sporego majątku. Nie udało się; takich jak on, zubożałych synów szlacheckich, których jedyną umiejętnością było prowadzenie gospodarstwa, znalazło się w Polsce zbyt wielu. Został pracownikiem, potem naczelnikiem poczty. Małżeństwo moich dziadków zaaranżowała chlebodawczyni babki, pani Konstancja.
Z opowiadań babki znałem więc prababcię Zofię, kruchą staruszkę, której srebrne łyżeczki, jedyne, co uratowała stamtąd, wyjmowałem z serwantki, kiedy mieliśmy pić herbatę. Srebrne łyżeczki, o delikatnym, lekko wytartym wzorze, starannie polerowane miękką szmatką, były też jedynym śladem przeszłości, jedynym łącznikiem z tamtym światem. Prababka zaszyła je w suknię, jakimś cudem nie znaleźli ich rewidujący ją żołnierze, uchroniła je przed rabunkiem, nie sprzedała nawet wtedy, kiedy brakowało na chleb. Kiedy myślę o niej, mojej dzielnej prababci Zosi, przychodzi mi zawsze na myśl Miłosz, niczego mi, proszę pana, tak nie żal jak porcelany, te słowa wracają jak refren. Bezbronne, kruche przedmioty, które umierają wraz z ludźmi, a czasem przed nimi.
Wszystko jest nam dane na chwilę, jesteśmy tu tylko przechodniami, myślałem, nie warto się przywiązywać, zakorzeniać. To co mam, powinno się zmieścić w plecaku, moim domem jestem ja sam. Ale kiedy powiedziałem o tym babce, pokręciła głową. Trzeba mieć dokąd wrócić, nawet jeśli za każdym razem będziesz musiał budować od nowa. Po co, pytałem, jeśli tak łatwo to wszystko utracić? Nie odpowiadała.
Przyjeżdżali czasem na lato wujostwo, bratanek babki z żoną i synem. Wojtek był straszy ode mnie o parę lat, pewny siebie, czasem arogancki. Przy nim czułem się bezpiecznie, a mój autorytet w środowisku wiejskim momentalnie rósł. W całej postawie mojego kuzyna, w tym, jak nosił najmodniejsze w sezonie biodrówki z szerokim pasem i wielką klamrą, a do tego koszule w kwiaty, jak ze znawstwem rozprawiał o ostatnich przebojach Bitelsów i Stonesów, jak nonszalancko prosił do tańca dziewczyny na zabawach, znać było to, czego, byłem pewien, nigdy nie posiądę: wielkomiejskie obycie. Czasem co prawda przychodziło mi do głowy, że mój kuzyn jest trochę śmieszny, ale te myśli szybko gasły, kiedy na ganku pojawiały się rozchichotane dziewczęta i pytały o Wojtka.
Rozterka związana z końcem wakacji bywała nie do wytrzymania. Myślałem, żeby się zbuntować, nie wracać z nimi, zostać z babcią. Trochę jednak żal mi było tamtego życia w Miasteczku, kolegów, domu, nawet szkoły. Biegłem na strych i płakałem, kiedy nikt nie widział.
Dlaczego? Pytałem matkę, a przecież znałem odpowiedź. Nie było dobrego wyjścia. Wszystko musimy utracić, by kiedyś odzyskać, zmienione albo nie, a może jednak utracić na zawsze? Kto mi zaręczy, że kiedy tu wrócę za rok, wszyscy ci, których teraz nie chcę opuścić, nadal tu będą? Co roku przecież było inaczej, jedne zmiany były dobre, a inne smutne; to byli starzy ludzie, sąsiedzi mojej babki, i coraz to nowe groby obdzielałem kwiatami z ogródka przed niedzielną mszą. Więc już nie będę z nimi siedział na ławeczce przed domem albo na ganku i słuchał opowieści, z rzadka zadając pytania? Nie będę odchodził z kieszeniami wypchanymi gruszkami i jabłkami, z papierową torebką po cukrze pełną agrestu? Nie będę jadł przy nakrytych ceratą stołach ziemniaków z kwaśnym mlekiem albo pierogów z jagodami? Znów ktoś odejdzie, choć przecież nie zdążyliśmy sobie opowiedzieć tylu rzeczy? I nic po nim nie zostanie, tylko kamień nagrobny i zawodna ludzka pamięć? Nawet dom, niechciany przez miejskie już dzieci, popadnie w ruinę i zostanie w końcu rozebrany, a resztki fundamentów porosną krzaki i pokrzywy.
Więc jak to będzie, kiedy za rok tu przyjadę? Znów inaczej? Rozczarowanie? Czy Wojtek wpadnie na dwa tygodnie, żeby złamać parę dziewczęcych serc? Czy w nowym sadzie pana Waldka będą już owocować jabłonie? Urodzą się młode cielęta i źrebaki? Czy Saba będzie miała szczenięta?
Łzy obsychały, wsiadałem do pociągu i z każdym kilometrem byłem dalej od Wsi i bliżej Miasteczka. Zastanawiałem się, co tam się zmieniło; wiedziałem na pewno, że następnego ranka obudzą mnie kumple, czekający przed domem. I już obmyślałem, co by tu razem zbroić. 

Antek był inny. Starszy ode mnie o kilka lat. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Mieszkali w nowym domu, dość sporym jak na ich niewielką rodzinę. Był jedynakiem. Mówiono, że jego ojciec pije i awanturuje się po pijanemu. To akurat nie było niczym szczególnym, myśleliśmy, w końcu wszyscy ojcowie od czasu do czasu to robią, częściej jednak upijają się na wesoło, dają nam drobne na cukierki i żartują z nami. Matka Antka była niepozorną, niewidoczną kobietą.
On sam każdego popołudnia, jeśli tylko było ciepło, siedział w oknie swojego pokoju na piętrze. Pierwszy przy naszej ulicy (nasza ulica to był odcinek od zakrętu na górze do kościoła na dole, choć administracyjnie zaczynała się w centrum Miasteczka; my wiedzieliśmy swoje) miał adapter Bambino i wszystkie nowe płyty. Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary, Czesław Niemen, Trubadurzy. Kiedy tak siedział w oknie, a z jego pokoju dobiegała muzyka z płyt puszczona na pełny regulator, dorośli przechodzący ulicą posyłali mu niechętne spojrzenia. Dziwny jest ten świat rozlegało się na całą ulicę, lecz oni nie słyszeli słów, nie słyszeli krzyku rozpaczy. Słyszeli dźwięki, które raniły im uszy; widzieli stroje i fryzury, które były obrazą dla ich poczucia estetyki. Człowiekiem gardzi człowiek nic dla nich nie znaczyło.
Któregoś dnia znaleziono Antka w podworskim parku. Powiesił się na drzewie. Mówiono, że sprzeciwił się ojcu, kiedy ten wrócił pijany. Mówiono coś o siekierze.
Od tej pory okna w tamtym domu zawsze pozostawały zamknięte.


© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

Przejście przez strumień (3)

Zadziwiająca ilość wyświetleń pierwszego odcinka "Przejścia przez strumień"... 
Nie wiem, kim jesteście, moi Czytelnicy, ale dobrze, że jesteście. Nie wiem, jakiej oczekujecie opowieści, Wy nie wiecie, dokąd Was zaprowadzi.
Skąd się wzięła ta opowieść? Pisałam "Pamiętasz?", wtedy jeszcze pod innym tytułem. W drugiej części postanowiłam wcielić się w Jeana, bo przecież powieść była poszukiwaniem prawdy o nas. To było niezwykłe. Stałam się nim. 
A potem, kiedy tamta powieść definitywnie się skończyła, a kończyła się kilka razy, poczułam, że jest jeszcze jedna historia, którą chcę opowiedzieć. Co mają z sobą wspólnego?
Poza scenerią i postaciami drugoplanowymi jest to cień refleksji o Historii, tej belle dame sans merci, bezlitośnie przypominającej nam, że jesteśmy tylko pyłem na jej stopach. 
I jeszcze myśl, że właśnie dlatego warto być odważnym...


***
Wakacje... Lato zawsze było podwójne. Jakby przecięte na połowę podróżą pociągiem. Pod koniec lipca matka pakowała walizki, układając w nich starannie uprasowane rzeczy. Jedna walizka dla niej, druga dla nas obu. Pozwalała mi zabrać kilka zabawek, najczęściej był to miś, stara, zniszczona lokomotywa, plastikowe klocki i jakieś podarte, poplamione książki, z tych najukochańszych.
Jeszcze mam pod powiekami tamten obraz, matka w sukience o bufiastym, marszczonym dole, dwuwarstwowej. Zewnętrzna, przezroczysta warstwa drukowana była w małe kwiatki. Do sukienki miała bolerko, krótki żakiecik z tego samego materiału. Kremowe korale, w których wrzecionowate paciorki rozdzielone były małymi kuleczkami (kiedy zerwała się żyłka, pozwalała mi je nawlekać). Nosiła białe szpilki, głośno stukające metalowymi okuciami, kiedy szła. Lubiłem bawić się zamkiem jej lakierowanej torebki: trzaskał przy zamykaniu. Kiedy byłem małym chłopcem, mama była najpiękniejszą kobietą na świecie.
- Dlaczego się tak stroisz na podróż? - irytował się ojciec.
Mama uśmiechała się nic nie mówiąc.

Długo jechaliśmy autobusem, czasem w tłoku. Było mi trochę niedobrze, gorąco, chciało mi się siusiu i pić. Z drugiej strony myśl o tym, że już wkrótce znajdę się w pociągu, pomagała mi znieść to wszystko bez skargi. Pociąg był moją miłością od pierwszego wejrzenia. Postanowiłem zostać maszynistą, mimo żartów ojca i obojętności matki. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że nie podzielają mojego zachwytu. Dlaczego ojciec przez całą drogę czyta gazetę, a matka rozmawia z obcymi kobietami o jakichś nudnych sprawach? Jak to możliwe, że nie dostrzegają tego fascynującego widowiska za oknem?
Czasem przychodziła mi do głowy straszna myśl: na pewno nie jestem ich dzieckiem. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że tak bardzo się różnimy? Że każą mi robić rzeczy, które napawają mnie odrazą, kiedy przecież widzą, że właśnie liczę furmanki na wiejskiej drodze i jeszcze staram się osobno liczyć jedno- a osobno dwukonne? Że staram się rozpoznać marki nielicznych samochodów: warszawa, syrenka, skoda octavia. I nie przeoczyć bawiących się przy torach dzieci, które na widok pociągu stawały rzędem i machały do nas (trzeba im też pomachać). Właśnie w takich momentach matka potrafiła nagle zapytać, czy nie jestem głodny, a może chcę pić? Mogłem ostatecznie jeść i pić patrząc przez okno (właśnie mijaliśmy kościół otoczony drzewami, a za nim cmentarz). Najgorsze przychodziło potem, po jedzeniu trzeba było wytrzeć buzię (poślinioną chusteczką, nienawidziłem tego) i wreszcie padało sakramentalne pytanie, czy nie chce mi się siusiu. Oczywiście, chciało mi się, ale przecież nie mogłem teraz wyjść, właśnie teraz, kiedy polną drogą wzdłuż torów jechał mężczyzna na karym koniu, a za nim rzędem szły: czerwonobrązowa krowa z cielakiem, dwie białe kozy i rudy, kudłaty pies! Zaprzeczałem, ale mama widziała przecież moje zaciśnięte kolana i wyraz determinacji w oczach, więc niemal siłą odciągała mnie od okna (nie płakałem, choć gniew i żal zaciskały mi gardło). Pędem rzucałem się w stronę toalety, dobrze, że była wolna; spodenki miałem na szelkach, zapinane na guziki, a wpuszczona do nich koszulka była za długa. Oczywiście był już najwyższy czas, mama wiedziała, ale nie powiedziała nic, wybiegałem na korytarz i przylepiałem nos do szyby, bo oto widać było coraz bardziej zwartą zabudowę jakiegoś przedmieścia, więc już na korytarzu mama doprowadzała mnie do porządku, dopinając spodenki, szła zwilżyć chusteczkę i wycierała mi twarz i dłonie. Pociąg zwalniał, mijaliśmy przejazd kolejowy z opuszczonym szlabanem, na drodze autobus san, kierowca otworzył drzwi i rozmawiał z rowerzystą, za autobusem stały dwie furmanki, koń zaprzężony do jednej z nich miał cętkowaną, biało-czarną sierść, muszę zapytać pana Waldka, jak się nazywa taki koń. Na korytarzu pojawiał się konduktor, mama wciągała mnie do przedziału, zaraz ludzie będą wysiadać, my jeszcze nie, więc zajmowałem swoje miejsce przy oknie. Kiedy dojedziemy, będzie się ściemniać, zasnę po drodze przytulony do mamy, obudzę się na chwilę, gdy babcia będzie mnie rozbierać i kłaść w czystej, chłodnej, sztywnej od krochmalu pościeli, znów zapadnę w sen, z którego obudzi mnie zapach kakao i drożdżowych bułeczek, i wrzask ptaków w sadzie za oknem.

To, co mnie w tych podróżach fascynowało, dorośli zdawali się przyjmować obojętnie, jako coś oczywistego. Tu, na Wsi, wszystko było inne, choć takie same z pozoru były pola i lasy wokół.
Najlepiej było to widoczne z okien pociągu: wyjeżdżaliśmy z dworca, a wysokie kamienice z poczerniałej cegły niemal podchodziły pod tory, można było zajrzeć w okna, zobaczyć, co dzieje się na ciemnawych podwórkach. Przez prześwity ulic widać było przecznice, tory tramwajowe, czerwone autobusy stojące na światłach. Potem kamienice stawały się niższe, ulice spokojniejsze, ale ni stąd ni zowąd wyłaniały się zabudowania fabryczne, ogromne hale z czarnymi od sadzy i kurzu szybami. Tajemnicze taśmociągi biegły między budynkami, hałdy węgla i innych niepojętych materiałów zajmowały wielkie place, po których w wypełnionych błotem koleinach krążyły ciężarówki. Czasem można było zobaczyć koparkę czy betoniarkę, przy których uwijali się ludzie w kufajkach i kaskach. Kolejne miasta były podobne, choć stopniowo stawały się coraz mniejsze, aż następowała przerwa, pustkowie: kilometry ugorów, skarlałe brzozowe i świerkowe zagajniki.
Powoli wjeżdżaliśmy w inny świat. Pola, pastwiska, coraz bujniejsze lasy. A wraz z nimi zmieniała się zabudowa: miasteczka miniaturowe, przycupnięte nieśmiało przy torach. Znałem takie miasteczka, takie było Zarzecze, do którego czasem jeździliśmy będąc u babci. Próżno by tu szukać miejskich autobusów czy tramwaju! Nie było kamienic z czerwonej cegły, z wieżyczkami, loggiami i galeryjkami. Wokół rynku, którego środek zajmował skwerek wokół niczym się nie wyróżniającego pomnika, stały domki jednopiętrowe, wąskie, których partery zajmowały ciasne sklepiki. Wieczorem zamykano ich drewniane okiennice. Niektóre z tych przyrynkowych domów były tak stare, że chyliły się niemal ku ziemi, podtrzymywane chyba tylko siłą woli właścicieli. Czasem któryś miał szczęście, z jakiegoś powodu tynkowano go na kolorowo: ulubione barwy, pamiętam, to był jasny róż i beż, a drewniane części malowano na olejno, zwykle łatwo dostępną farbą w kolorze „orzech średni”.
Prawdziwa egzotyka czekała jednak na wsi: drewniane chaty, pobielone lub częściej pomalowane na niebiesko, przycupnięte pod strzechą, o maleńkich izdebkach, do których światło wpadało przez niewielkie okienka. Podwórza, niczym nie ogrodzone, na których bezładnie rzucone leżały drwa, jakieś pordzewiałe sprzęty i naczynia, koła do wozu i masa innych skarbów. Psy włóczyły się bez dozoru po wsi i okolicy, a małe dzieci bawiły się przed domami w błocie. Pamiętam, że im zazdrościłem, moje przemoczone buty czy podarte spodnie to był powód do bury, mama nie kryła niezadowolenia. Zastanawiałem się, czy ona nigdy nie była dzieckiem, że nie rozumie, jaką rozkoszą jest taplanie się w kałuży po solidnej ulewie?
Była jeszcze jedna strona tej podróży, równie fascynująca jak to, co widać: zmieniał się język. Z pozoru był ten sam, rozumiałem go przecież, a jednak brzmiał inaczej.
Urzekała mnie twarda, gardłowa wymowa i liczne obco brzmiące wyrazy w mowie mieszkańców Miasteczka. Starałem się mówić jak oni, mimo rozpaczliwych wysiłków mamy, która nie chciała do tego dopuścić, choć sama zachowała pewne nawyki nie do wyplenienia. Poprawiała mnie, oburzała się na każde nowe słówko, które przynosiłem z przedszkola, ze szkoły. Na próżno: chciałem być taki sam, jak oni, moi koledzy. Ona nie zdawała sobie sprawy, że była to sprawa życia i śmierci. Nie mogłem przecież się przyznać, że dopóki będę się od nich tak dotkliwie różnił, pozostanę obcym. Tym bardziej nie mogłem powiedzieć ojcu: on był obcy, wyczuwałem to w życzliwie protekcjonalnym tonie wujków, kiedy się do niego zwracali, w żartach, które czasem robili przy stole. Czułem, że gdyby nie mama, ojciec nie byłby w stanie pokonać tego dystansu, choć starał się jak ja, tylko szło mu znacznie gorzej.
A teraz jechaliśmy tam, gdzie mowa była miękka i śpiewna, a przedmioty miały często inne nazwy. Zanim nauczyłem się je rozpoznawać, doszło do wielu zabawnych nieporozumień. Zabawnych? Znów byłem obcy, dzieci nie chciały się ze mną bawić. Po tygodniu mówiłem już prawie jak one, ale cień pozostawał. Na pozór byłem z nimi, a przecież tak bardzo się od nich różniłem. Nie wiedziałem, gdzie jest moje miejsce.
Potem, kiedy byłem starszy, wymyśliłem sobie zabawę: jestem podróżnikiem w obcym kraju, obserwuję i opisuję tutejsze obyczaje. Gra wciągała, chodziłem i obserwowałem, w myślach pisałem reportaże, całe książki, widziałem je wydrukowane w serii „Naokoło świata”: słynny podróżnik Tomasz i jego mrożące krew w żyłach przygody. Tak, to był dobry pomysł, oni, moi prześladowcy, nie wiedzieli, że ich opiszę, będą w mojej książce ciekawostką etnograficzną, wtedy już znałem to słowo, a moja biblioteczka pełna była książek zawierających opisy obyczajów dzikich plemion i wypraw w najdalsze zakątki kuli ziemskiej. Czy nikt nie wpadł na ten prosty pomysł, żeby pojechać pociągiem paręset kilometrów od domu i zobaczyć, że to jest inny kraj?
A po miesiącu u babki wracałem do domu i już wiedziałem, że przez kilka pierwszych dni nie powinienem za dużo mówić, znów będą ze zdziwieniem nasłuchiwać tego zaśpiewu, który tak wyraźnie słychać było w mowie ojca, i który ja przez ten krótki czas sobie mimowolnie przyswajałem.
Wahałem się jednak. Oczywiście można to pogodzić, być podróżnikiem i zajmować się także historią. Czytałem wtedy wszystko, pochłaniałem książki jak odkurzacz, bez ładu i składu. Ojciec pasjonował się historią, to było zaraźliwe, choć dla niego, jak teraz myślę, był to rodzaj ucieczki. Bajeczna starożytność, mimo jej okrucieństwa złagodzonego przez upływ czasu i - zdawałoby się - nie przekraczającego ludzkiej miary. Choć to ostatnie nie było już takie pewne.
Cokolwiek przyniósł z biblioteki publicznej - ja na razie mogłem korzystać tylko z dziecięcej - wyrywałem mu z rąk. Swetoniusz, Liwiusz, Cezar, Tukidydes. Czytałem niewiele rozumiejąc, łapczywie, bezładnie. Studiowałem przypisy, które nie wszystko mi wyjaśniały, zadawałem ojcu pytania: nie zawsze umiał na nie odpowiedzieć. Potem coraz częściej pytałem już tylko samego siebie.
Co czuli przedstawiciele ginących cywilizacji, światów, które musiały odejść? Etruskowie, Kartagińczycy, Aztekowie, Prusowie. Czy zdawali sobie sprawę, że ich los był przesądzony - jak przesądzony jest nasz los, coś mi podszeptywało. Jaki byłby nasz świat, gdyby historia poszła inną drogą? Gdyby Sobieski spóźnił się pod Wiedeń? Gdyby zwyciężył Hannibal? Albo, co gorsza, Adolf H.?
Jak to jest żyć w czasach, kiedy staje się historia? - pytałem siebie.

© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

sobota, 26 grudnia 2015

Przejście przez strumień (2)

Miasteczko było rozległe. Sprawiało wrażenie, jakby wchłonęło okoliczne wsie, i rzeczywiście: nasza dzielnica, o półwiejskim charakterze, była w istocie dawną wsią, i to starszą niż Miasteczko. Dała mu zresztą nazwę, sama zachowując swoją, do której dodano przymiotnik: Stara.
Chodziliśmy do szkoły w centrum. Tak postanowili nasi rodzice, choć miejscowe dzieci zaczynały zwykle naukę w czteroklasowej szkółce, a dopiero od piątej klasy były wysyłane do Miasteczka. Obowiązywała rejonizacja; nasza rodzina nic sobie z tego nie robiła.
Ogromny budynek z lat trzydziestych mieścił trzy szkoły podstawowe; dwie duże w bocznych skrzydłach i jedną niewielką oraz przedszkole w części środkowej. Nasza - ta środkowa - była najlepsza, to nie ulegało wątpliwości. Co prawda nie mieliśmy własnej sali gimnastycznej, ale korzystaliśmy z sal sąsiednich, a wielkie boisko i tak było wspólne. Wspólna była też znienawidzona świetlica. Pani świetliczanka, chuda i opalona, mocno umalowana niewiasta o zaciętym wyrazie twarzy, z nieodłącznym papierosem w dłoni o długich, czerwonych szponach, albo wrzeszczała na nas, albo, siedząc przy biurku z nogą założoną na nogę rozmawiała z koleżankami. Każde zdanie zaczynała od słów „wyobraź sobie”, wypowiadanych z przejęciem, mieszaniną zdziwienia i oburzenia: zastanawiałem się, co tak nadzwyczajnego musiało być w tych jej opowieściach, kiedy zniżała nagle głos i tłumaczyła swojej znajomej, co mianowicie powinna sobie wyobrazić.
Paskudne jedzenie podawano w ciasnej i gorącej stołówce, gdzie siedzieliśmy na długich, drewnianych ławach, a grube kucharki popędzały nas wrzaskliwie. W czwartej klasie zbuntowałem się wreszcie: ponieważ nie pomagały żadne prośby, wziąłem swój los w swoje ręce i nie wpłaciłem pieniędzy do kasy. Skromna kwota nie wystarczyła na posiłki w barze mlecznym ciągu tych kilku miesięcy, gdy włóczyłem się po Miasteczku w godzinach, które powinienem był spędzić w świetlicy. Zmarznięty i głodny, na domiar wszystkiego musiałem zmyślać jadłospis, kiedy mama pytała, co jadłem. Oczywiście sprawa w końcu się wydała i oberwałem solidne lanie pasem. Uważałem to za niesłuszną karę i oświadczyłem, że i tak nie będę tam chodził. Na szczęście wkrótce zaczynały się wakacje, potem jakoś nikt do tego nie wracał i pozwolono mi zabierać kanapki do szkoły, a obiady jadłem wieczorem, z rodzicami.

Kiedy zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak? Wszystko było nie tak, teraz to widzę i chyba byłem bardzo mały, kiedy to przeczułem.
Nie miałem dziadków. Była tylko jedna ukochana babcia, matka ojca. Na Wsi. Tutejsi dziadkowie obecni byli w opowieściach, w wspomnieniach matki i jej sióstr. Te wspomnienia zawsze miały dla mnie gorzki smak, nasłuchiwałem, o czym mówiły, ale to co słyszałem, paraliżowało mnie tak, że nie byłem zdolny zadawać pytań. Już wtedy zaczynałem przeczuwać, czym jest Historia, tak bezwzględnie posługująca się ludźmi.
Wiem teraz, dlaczego mój dom był taki, jaki był. Dlaczego matka często siadała zamyślona przy stole i nie słyszała, co się do niej mówi.
Myślałem, jak to jest utracić rodziców mając kilka lat i pozostać z niewiele starszymi siostrami na łasce choćby najlepszych krewnych. Nie byłem w stanie tego pojąć.
A potem, kiedy dorosłem, coraz częściej zastanawiałem się też, co czuł dziadek przez tych pięć lat w miejscu, którego do tej pory nie odważyłem się zobaczyć. Co czuł wiedząc, że może nigdy nie zobaczy swoich dzieci i jak umierał w czasie tak zwanej ewakuacji obozu, na dwa tygodnie przed końcem wojny.
A przecież żyłem w raju dzieciństwa. I gdziekolwiek spojrzałem, widziałem ślady przeszłości. Trudno było ją zrozumieć. Istniały tematy tabu, tematy dwuznaczne. Nie rozmawiali z nami, a kiedy było trzeba skutecznie nas zniechęcić, zaczynali mówić w języku, którego nie rozumieliśmy. Wtedy miałem do nich żal, że go używają, w moim mniemaniu było to wątpliwe moralnie. Z perspektywy dziecka to była zdrada. Musiałem trochę dorosnąć, by zrozumieć, że nic nie jest czarne ani białe.

Kasztanowa aleja wiodła na południe, początkowo wśród domów w ogrodach, gdzie zadbane rabatki otoczone były pobielonymi kamieniami, a płoty zawsze na wiosnę malowane. Stare domy były niewysokie, ceglane, o spadzistych dachach, z drewnianymi gankami, a obok nich wyrastały coraz to nowe, pudełkowate „wille”. Podwórza wymiecione, okna umyte, drzewa w sadach wybielone. Potem zabudowania kończyły się, droga wiodła wśród pól; mijało się zabudowania starej cegielni i wyrobisko, w którym stała teraz woda. Można było się kąpać tylko w jednym zakolu, wszędzie indziej dno było grząskie i gliniaste, a gąszcz roślin wodnych nie pozwalał zbadać go dokładniej. W upalne dni, jeśli ktoś z dorosłych z nami poszedł, taplaliśmy się w tym prowizorycznym kąpielisku, śmielsi ryzykowali nawet wyprawę na niewielką wysepkę, co było nam surowo zabronione.
Tuż za cegielnią zaczynał się park krajobrazowy, dalej łączący się z rozległymi lasami. Jeden z wujków w młodości był lokajem u hrabiego, przedstawiciela starej rodziny, pieczętującej się herbami, na których pojawiał się lew i jednorożec, czarne leopardy i orły. Dawniej był tu zwierzyniec i myśliwski zameczek, potem na wzniesieniu zbudowano pałac, a wokół posadzono tysiące drzew, by stworzyć otoczenie dające iluzję naturalnego lasu, a tereny nadrzeczne wykarczowano, zakładając łąki. Mur, który odgradzał teren parku od pól, zbudowany z nieregularnych kamieni wapiennych, był już mocno wyszczerbiony i w znacznej części rozebrany. Parkowe ścieżki, dość szerokie dla samochodu - lub powozu - wiodły w stronę ruin. Zachowała się południowa ściana ze słonecznym zegarem i widmowe mury, otoczone gąszczem młodych drzewek i krzewów: niektóre z nich próbowały czepiać się ścian. Tyle zostało po pełnym wdzięku neorenesansowym pałacyku z tarasem widokowym wokół wieży, dwiema narożnymi basztami... Byłem dzieckiem, kiedy ruiny wysadzono w powietrze, wbrew zaleceniom konserwatorskim, jak miałem się dowiedzieć o wiele później. Nie mogłem tego zrozumieć, ani wtedy, ani teraz. Mój dziecięcy żal nie mija.
Park w pobliżu pałacu był przyjazny, pełen słońca, na polankach pod dębami kwitły kwiaty, w maju mnóstwo konwalii, a latem jagód i malin. Dalej las zmieniał się, tu i ówdzie rosły jeszcze świerki i graby, dziki bez i jarzębina, ale dominowała buczyna. Poszycie stawało się coraz uboższe, w końcu zostawały tylko szarawe pnie buków, szum ich koron gdzieś wysoko nad głowami i pobrunatniałe listowie butwiejące na ziemi. Czuliśmy się nieswojo, bajki o Babie Jadze i złym wilku ożywały. Nie należało iść dalej, podobno są tam dziki, lasy ciągną się daleko na zachód, można zabłądzić. Więc niechętnie przyznając się do obaw zawracaliśmy, wybieraliśmy inną drogę powrotną, przez wieś - obok pegeeru, tu kupowaliśmy w sklepie oranżadę w butelkach, które syczały przy otwieraniu, bąbelki kłuły w podniebienie, lepka słodycz przywracała siły. Bułki były rumiane i chrupiące, zagryzaliśmy je landrynkami, zmęczeni wracaliśmy do domu, do jego chłodnych wnętrz.

© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright.

Przejście przez strumień (1)

Radość pisania... wejście w postać, pozwolenie jej, by decydowała o sobie. Mój bohater to chłopiec, mężczyzna. Pisząc o nim piszę też o sobie, ale przede wszystkim o nich, mężczyznach z mojego życia. Staram się zrozumieć i chyba mi się to udaje, bo po przeczytaniu "Przejścia przez strumień"  jeden z nich pyta: Skąd ty tyle o mnie wiesz?

Pisane dawno temu... 

*** 

Chmury pod nami jak arktyczny krajobraz. Spiętrzone białe wzgórza, rozległe śnieżne pola. Słońce niemal oślepia. Wchodzimy w chmurę, samolot drży, otacza nas brudnoszara wata. A potem!
Ziemia lśni w słońcu jak witraż. Barwne smugi pól wśród meandrów rzeki. Cień obłoków, przesuwający się po wzgórzach. Pasma dróg: nagłe rozbłyski w szybach samochodów.
Wracam do domu.

Wracam do domu. Do domu? Co to właściwie znaczy? Kiedyś nie miałem wątpliwości, słowo „dom” wywoływało natychmiast ciąg obrazów: ludzie, wnętrza, podwórze; pola za domem, długa, cienista jesionowa aleja, przy której stał. Wysoki, ceglany, o spadzistym dachu, otoczony ogrodem, gdzie krzewił się agrest i porzeczki, a na drzewach nigdy nie dojrzewały owoce; białe czereśnie nie nabierały rumieńca, agrest miał kwaśno-słodki smak, a jabłka, papierówki pojawiające się co drugi rok, były chrupkie i lekko cierpkie pod zieloną skórką. Dom pełen był stłumionych odgłosów, tupotu dziecięcych nóg na drewnianych schodach, na półpiętrach z oknami o kolorowych szybach; pełen był zapachów i wspomnień.
Jadąc pociągiem, patrząc przez okno, wypatrując znanych widoków powtarzałem sobie: do domu, do domu.
Ten dom, do którego wówczas wracałem, zamieszkują teraz obcy ludzie. Ci, co mieszkali tam ze mną, mają teraz swoje domy gdzie indziej. Zbudowali je, jak nasz dziadek zbudował tamten. A ja? Co ja zbudowałem?
Jadę, patrzę przez okno. Tak było zawsze, ten film rozwijający się za oknem, ta panorama przed oczami dziecka, łapczywie chłonącego zmieniające się co chwila widoki. Domy, drogi, lasy, ludzie i zwierzęta, samochody, stacje. Kiedy współpasażerowie próbowali nawiązać ze mną rozmowę, wymykałem się pod byle pretekstem na korytarz.
- Tomku, jesteś niegrzeczny, trzeba odpowiedzieć, kiedy ktoś cię o coś pyta - półgłosem beształa mnie matka, która już po chwili wychodziła za mną.
- Dlaczego? - pytałem, wcale nie chcąc usłyszeć odpowiedzi.
- Bo tak wypada, a teraz wróć do przedziału.
- Nie - odpowiadałem i patrzyłem na nią tym specjalnym spojrzeniem, zarezerwowanym na okoliczności wymagające szczególnego hartu ducha. Widząc smutek w jej oczach czułem się winny, ale myśl o torturze rozmowy z obcymi powstrzymywała mnie przed ustępstwem.
- Niedobry ten chłopak - wzdychała potem matka, kiedy szliśmy peronem w kierunku wyjścia. - Zachowuje się jak dzikus.
Ojciec, który przez całą drogę nie odezwał się ani słowem, odpowiadał mrukliwie:
- Przesadzasz. O czym miał rozmawiać z tym babskiem?
Matka robiła wówczas minę, której znaczenie rychło nauczyłem się odczytywać. Patrzyła na nas obu, a potem zaciskała wargi. Jaki ojciec, taki syn, mówiło jej spojrzenie. Potrząsała głową, prostowała plecy i nie oglądając się wychodziła z dworca.

Najbardziej lubiliśmy bawić się na strychu. Oczywiście nie wówczas, kiedy świeciło słońce, na polach trwały żniwa, a w ogrodzie powoli dojrzewały czerwone i białe porzeczki. Ale w pochmurne dni był naszym tajemnym schronieniem, trzeba tylko było po cichutku otworzyć drzwi, tak by nie słyszała nas staruszka, mieszkająca na poddaszu. Z niezrozumiałych dla nas przyczyn sprzeciwiała się naszym wizytom na strychu, choć nigdy nie wchodziliśmy do jej części. Była lokatorką, a my (my!) właścicielami domu, więc ignorowaliśmy jej narzekanie, bo nie mogła nam niczego zabronić, ale kto chciałby z nią dyskutować? Otwieraliśmy drzwi wielkim kluczem i oto był nasz, rozległy, z dwoma okienkami, pełen skarbów! Nie zapalaliśmy światła: goła żarówka pod sufitem odzierała nasze sanktuarium z nastroju. W półmroku buszowaliśmy w gąszczu przedmiotów. Były tam stare meble, ubrania, książki z gotycką czcionką, wydzielające silną, ostrą woń stęchlizny. Szafa pełna dawno nie noszonych ubrań, krawatów, kapeluszy. Zepsute zabawki, umarłe kryształowe lustro odbijające cienie naszych sylwetek. Skarby powoli znikały, ale pozostawał widok z okien. Mogliśmy zobaczyć, kto jest na podwórzu, kto wchodzi po betonowych, z metalowymi okuciami stopniach ganku (z tych schodów spadłem kiedyś, rozbijając sobie kolana; bliznę mam do tej pory) i co się dzieje dalej, na polnej drodze, w połowie dystansu między nami a horyzontem. Stał tam dom, właściwie rudera, sklecona gospodarczym sposobem; ci ludzie byli bardzo biedni i trzymali się na uboczu; nie znaliśmy ich dzieci. Któregoś lata podczas wielkiej ulewy zawaliło im się piętro, ale nadal tam mieszkali, odizolowani, obojętni wobec reszty świata.
Dalej pod górę szło się ku niewielkiemu sosnowemu zagajnikowi, zwanemu remizą. Takie kępy drzew i krzewów rozsiane wśród pól można było spotkać w całej okolicy. Zakładał je przed laty jeden z hrabiów, właścicieli tutejszych dóbr, by były siedliskiem dla ptaków i drobnej zwierzyny. Nasza remiza była najlepszym w okolicy punktem widokowym na rozległe lasy, drogi, wsie. W południe, w upalne dni, wszystko drgało w gorącym powietrzu. Cały teren był zryty nie wiadomo przez kogo, pełen rowów i okopów. Siadywaliśmy tam na wzgórku, który nazwaliśmy wyspą. Sypaliśmy na dłonie oranżadę w proszku z papierowych torebek. Ku wieczorowi barwy stawały się coraz bardziej nasycone, a odległe krajobrazy odsłaniały się naszym oczom. Nad horyzontem wisiała wielka, świetlista kula, stopniowo czerwieniejąca. Na ziemię osuwał się mrok i chłód. Wracaliśmy do domu głodni, spragnieni, zmęczeni. Jeśli już było po żniwach, biegliśmy przez pole, na którym stały rzędem snopki, a później słoma w stogach; ściernie kłuły nas w bose stopy w sandałach.
Strych miał też drugie okienko, widać było z niego ulicę, prowadzącą do Miasteczka. Do miasta, iść do miasta, tak się u nas mówiło: choć nie czuliśmy się mieszkańcami wsi, nasza odrębność silnie tkwiła w świadomości. Tamtędy też wracało się z miasta, przystanek autobusowy znajdował się daleko, za zakrętem, więc bawiąc się na strychu nasłuchiwaliśmy, czy autobus już jedzie. Pojawiał się wśród drzew, szybko zjeżdżał w dół, zatłoczony. To był dopiero początek jego trasy, jechał dalej, mijał po drodze wsie i dojeżdżał do jednego z miast, w których bywaliśmy rzadko albo wcale.
Teraz wypatrywaliśmy, kto wraca do domu: bywało, że w perspektywie drogi pojawiała się sylwetka któregoś z rodziców, zbiegaliśmy na dół, dudniąc stopami po drewnianych schodach, wybiegaliśmy przed dom. Ktokolwiek to był, mógł przynieść ciekawe wiadomości, coś smacznego albo wysłać nas do sklepu po zakupy.
Sklepów było kilka: najbardziej lubiliśmy mały sklepik niedaleko naszego domu. Szło się najpierw w dół jesionową aleją, następnie należało skręcić w aleję kasztanową. Nie położono na niej asfaltu, stopy szybko pokrywały się pyłem. Domy były niższe, a w podwórzach stały maszyny rolnicze. Sklep znajdował się w niewielkim domku. Kiedy była kolejka, uważnie lustrowaliśmy zawartość witryn. Herbata Ulung albo Madras w szeleszczących torebkach ze sztywnego papieru. Kawa Robusta albo Marago. Bułki, śmietana, masło, cukier: jeśli zostały nam pieniądze, mogliśmy kupić oranżadę w proszku, landrynki, albo wymarzony kawałek pasiastej galaretki. Wracaliśmy wolno, delektując się ich słodyczą.
Było nas sześcioro i sześcioro było naszych rodziców. Mieszkaliśmy w jednym domu i bawiliśmy się razem na jednym podwórku. Oczywiście istniała między nami różnica wieku, ja należałem do młodszych, starsza trójka trzymała się osobno, ale ponieważ mieli obowiązek nas pilnować, spędzaliśmy wiele czasu razem (...)
Lubiliśmy rodzinne uroczystości: urodziny, komunie. Dla dzieci stawiano osobny stół, ale nie wypędzano nas z pokoju, gdzie siedzieli dorośli. Wujowie żartowali, powietrze wypełniała woń kawy i papierosów, wznoszono toasty. Na czworakach łaziliśmy pod stołem, było tam mroczno i duszno, świat z psiej perspektywy wydawał się niezwykle interesujący. Nikt nam nie zwracał uwagi, nikomu nie przeszkadzaliśmy, to były wyjątkowe okazje. Na co dzień reguły były jasne i o nieposłuszeństwie nie mogło być mowy.
Czasem mama zabierała mnie ze sobą do miasta; popołudniami lub w niedzielę, kiedy ojciec był w dłuższej delegacji. Starannie wybierała sukienkę, buty, zakładała pończochy, korale. Kładła za uszami kropelkę perfum z wysmukłej buteleczki. Szliśmy w górę alei, potem prosto aż do małego kościółka, właściwie kaplicy cmentarnej. Tam zaczynał się park miejski: kręte alejki, wzgórza, staw z fontanną, korty tenisowe. W małej zielonej budce w sezonie sprzedawano lody, ale tu słyszałem: nie teraz, dostaniesz w kawiarni.
Czekały tam na nią koleżanki z pracy, ciotki, jakieś obce kobiety: miały tysiące omawianych półgłosem niepojętych spraw. Godziny przy kawiarnianym stoliku: nuda osłodzona jedynie pucharem lodów z bitą śmietaną. Panie zamawiały „małą czarną” lub „małą białą”, paliły papierosy o silnym, duszącym zapachu. To były luksusowe papierosy, w eleganckich kartonowych pudełeczkach, nie „sporty”, które palili wujkowie, ale od ich woni robiło mi się niedobrze. Nawet mama paliła, stwierdzałem ze zgrozą. Nieśmiało prosiłem, byśmy już poszli: obrywałem za to burę. Cóż, lepsze to niż chodzenie po sklepach i czekanie, aż mama przymierzy kolejny tuzin sukienek. Nad stolikami unosił się dym, krzesło było twarde, zbliżał się wieczór. Czy lepiej byłoby zostać w domu? Przecież nie zawsze mogłem bawić się z kuzynami, czułem, kiedy traktowano mnie jak intruza. Dlaczego nie mam rodzeństwa? Tego tematu nie podejmowano.

Pamiętam ten kredens. Stał w kuchni wujostwa. Pomalowany olejną farbą, już nieco pożółkłą, o wytartym, pokrytym ceratą blacie. W górnych witrynach za kolorowymi szybkami nie było nic ciekawego, za to dolna szafka miała w sobie coś magicznego. Lubiłem ją otwierać i wdychać zapach: lekko kwaskowata woń czerstwego pieczywa, zapach smalcu ze skwarkami i drewna. I jeszcze coś nieokreślonego, co łączyły te wszystkie składniki w jeden cudowny konglomerat. Woń, której nigdzie indziej nie spotkałem, a którą teraz rozpoznałbym nieomylnie i bez wahania.
Kiedy wuj wracał z pracy, a nie czekał na niego obiad, wyjmował z kredensu chleb i smalec w ciężkim, polewanym buncloku. Ten smalec wujek robił sam, po chleb natomiast chodziliśmy do najdalszego sklepu, aż przy pegeerze, bo tam był najlepszy: dwukilowe bochny o ciemnej skórce i grubym, posypanym mąką spodzie. Wujek brał do ręki zakrzywiony, ostry rzeźnicki nóż, opierał bochenek na piersi i kroił na równe, cienkie kromki, kilka dla siebie i po jednej dla każdego z nas. Patrzyliśmy w napięciu, jak układał je na dużym, pokrytym ceratą stole. Potem brał deskę i kroił na niej cebulę w cieniutkie plastry. Smarował chleb smalcem, pokrywał plasterkami cebuli (nasze napięcie rosło, w miarę jak zapachy rozwijały swą moc) posypywał solą i obficie skrapiał maggi. Żaden obiad przygotowany przez mamę nie mógł się równać z tym niezwykłym przysmakiem. I żadna z mam nie umiała przyrządzić chleba ze smalcem tak, jak wujek Jerzy. 
© 2014 Alina L
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie tekstu w całości lub we fragmentach bez zgody autora zabronione. 
All rights reserved. Any unauthorised copying will be an infringement of copyright. 

Haiku, Lago di Garda

Niebo błękitne
piszę na nim znak palcem
już zmierzch jesieni

 











Wieczór - jaskółki
lecz dla mnie - co tam jutro
ciągle bez celu





Rybki srebrzyste
rodzą się niestrudzenie
czy to mgła nocy 
















 ____________________________________

Haiku Issy  w przekładzie Agnieszki Żuławskiej - Umedy

Kobayashi Issa - Yataro, Kobayashi Nobuyuki (1763-1828)  urodził się w chłopskiej rodzinie we wsi Kashiwabara w prowincji Shinano. Jako trzyletnie dziecko stracił matkę - sieroctwo miało wpływ na całe jego życie. Mając 14 lat pojechał do Edo i wstąpił do szkoły haikai. Żył w podróży, przybrawszy imię Issa i tworząc notatnik poetycki. Mając 38 lat powrócił do rodzinnej wsi, by towarzyszyć umierającemu ojcu. Ponownie przyjechał tam 12 lat później, ożenił się, lecz żona i dzieci zmarły. Drugie małżeństwo skończyło się rozwodem. W pożarze stracił majątek i dom. Zamieszkał w szopie, gdzie zmarł z głodu i zimna.

Fotografie: jezioro Garda, październik 2015


wtorek, 15 grudnia 2015

O Alinie

Nie spodziewałam się, że prawdziwym przebojem tego bloga - z bezkonkurencyjnie największą ilością wyświetleń - będzie post Święta Alina .

Mało znana postać, rzadko spotykane imię...
To mi akurat nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Lubię swoje imię i to, że nie mam drugiego.

Gdy słucham "Fur Alina" Arvo Pärta, wyobrażam sobie, że to dla mnie...

W bohaterce Słowackiego zastanawiała mnie zawsze jej naiwność. Taka uczciwość i prostota może być siłą, ale i drogą do zguby. Ostateczne jednak czeka to przecież wszystkich.

Przewrotna reinterpretacja " Balladyny" ma jednak pewien wdzięk.


Nieznana w przekładach "Aline" Charlesa Ferdinanda Ramuza to krótka powieść z 1905 roku, tragiczna historia miłości syna bogatego chłopa i ubogiej dziewczyny. Piękna postać kobieca i niezwykle zmysłowe opisy szwajcarskiej wsi. Recenzent porównuje je do utworów - późniejszego przecież -  Giono, co już jest znakomitą rekomendacją.

I jeszcze jedna Alina - nieobecna bohaterka przeboju z roku 1965, piosenki Christophe'a, wówczas dwudziestoletniego. Ona istniała naprawdę, a utwór, jeśli wierzyć autorowi, powstał w 10 minut. Młodzieńczy, emocjonalny, w uroczym klimacie tamtych lat.


Obchodzę imieniny 16 czerwca, ale święta Alina także 16 grudnia...

O "Alinie" Arvo Pärta
O "Aline" Ramuza

niedziela, 6 grudnia 2015

Brenzone, Garda: październik



Nad Gardą po sezonie.













Wieczorem,  w deszczu












Mokną łodzie i stoliki pustego baru.
 









                                                                                                                         
Zostałabym na dłużej.
















Nawet w dzień jest tu błogo.