niedziela, 30 lipca 2017

Nieoczekiwane



Nie wiedziałam, że na to się zanosi. A już zupełnie się nie spodziewałam, że znajdę się we właściwym czasie i miejscu, by być świadkiem euforii mieszkańców.



























































Moje rodzinne miasto jest znane, ale nie bardzo znane. Trochę na uboczu śląskiej aglomeracji. Otoczone polami, a na północy lasami aż po horyzont. Łagodne wzniesienia, rzeczki i strumienie, charakterystyczny pogórniczy krajobraz.




Górnictwo kruszcowe istniało tu setki lat. O mieście i jego przemyśle pisał Walenty Roździeński. Pozostały wyrobiska, ich fragment można zwiedzić w muzeum - kopalni rud srebronośnych.  Oraz sztolnie, którymi płynie się łódkami w półmroku - bardzo to romantyczne przeżycie.
















9 lipca po przyjeździe na rynku zaskoczył mnie tłum wokół wielkiego ekranu. Festyn? Nie, obrady Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO. Usiadłam w ogródku baru sushi. I nagle, pomiędzy oshinko a futomaki, JEST! Oklaski i Sto lat! Radość i duma.


























Z inicjatywy Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Tarnogórskiej pogórnicze zabytki Tarnowskich Gór zostały wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO!

środa, 26 lipca 2017

Światło Normandii: Honfleur


Pokochałam Normandię od pierwszego wejrzenia: jej kapryśną pogodę, chmury gnane wiatrem, jaskrawe słońce lata, długie plaże, kremowobiałe klify. Jej zielone także zimą żywopłoty, rozległe pastwiska, lśniącą taflę morza, fiołkowe niebo o zachodzie. Mokradła i saliny, kamienne farmy, miasteczka i ich szachulcowe domy, zamki i opactwa. Wilhelma i Matyldę, tkaninę z Bayeux. Ogród Moneta. Plaże lądowania aliantów, gdzie ciągle czuję obecność duchów.


 Teraz jeździmy tam rzadziej. Zawładnęło nami Południe.





















Tego lutowego dnia światło Normandii było szare. Szare były łupkowe fasady domów w porcie, szara woda i bruk. A jednak Honfleur pozostało perłą. Uśpione, pustawe.

























Fascynowało malarzy. Syn miasta Eugene Boudin, nauczyciel Claude'a Moneta, ma tu swoje muzeum. Bywali tu i malowali Camille Corot, Gustave Courbet, Auguste Renoir. Normandia była dla impresjonistów w równym stopniu inspiracją, co spełnieniem marzeń.
























Spacerowaliśmy bez pośpiechu. Spotkaliśmy Kota Kościelnego, ale nie chciał, by go budzono.


I gdy już mieliśmy odjeżdżać, nad Starym Portem zaświeciło słońce.




niedziela, 2 lipca 2017

Powrót na Korsykę (6)




Miałam nadzieję, że je spotkam.


Najpierw za zakrętem pojawiła się mama z dziećmi, potem troskliwy i uważny tata, a potem jeszcze dwie mamy z maluchami.


Ciekawskie, ale zdystansowane. Suki oszalały.


Korsyka to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie świnki mają dobre życie, choć -  jak wszystkim zwierzętom hodowanym przez człowieka - jest im przeznaczona śmierć dla ludzkiej przyjemności.


Może właśnie w tej koegzystencji z przyrodą, w tym naturalnym porządku życia społeczeństw pasterskich tkwi sekret korsykańskiej magii.


Wiem, zabijają drobne ptaszki, by zrobić z nich pasztet, zabijają lisy, a potem wieszają ich truchła na płotach... Ale ich krowy, świnie, kozy i owce żyją wolno. Niegdyś zbiegały się na głos tuby swojego pasterza, dziś rozpoznają... silnik samochodu, jak powiedziała nam nasza gospodyni z Casty.


Przekonałam się też, że Korsykanie kochają psy, ale nie w ten sentymentalny sposób właściwy mieszczuchom. Pies to towarzysz. Może biegać luzem, ma przecież obrożę z adresówką. Obcego psa można pogłaskać bez pytania, bo to on daje przyzwolenie - lub nie.

Suki były głaskane, machinalnie, w przejściu, tak jak głaszcze się własnego psa. Nikt nie pytał, czy gryzą. Co Polacy zrobili psom, co zrobili zwierzętom, że tak bardzo się ich boją?

Tylko w moim kraju słyszę to pytanie.



Kocham Korsykę i kochać nie przestanę. Blisko stąd do raju.

sobota, 1 lipca 2017

O poranku




Wstaliśmy wcześnie. Przed nami była długa - nawet nie wiedzieliśmy jak bardzo będzie długa i pełna wyzwań - droga do Nicei.


Niespieszny spacer trwał godzinę, od 6.00.
 Budziło się słońce.


Pustawo jeszcze, nieliczni przechodnie spieszyli do pracy.
Szliśmy bez planu, gdzie nogi poniosły. Może by tu kiedyś wrócić?


 Ładnie tu. Tylko ludzie jacyś smutni, bez uśmiechu.












Znojmo i całe Morawy znane są z produkcji win.


Kościół św. Jana Chrzciciela przy dawnym klasztorze kapucynów z początku XVII wieku.

 Jest chłodno, choć to kwiecień.



















Jeszcze spojrzenie na bajkową wieżę ratusza.




I powrót na śniadanie. Czas w drogę.















Znojmo wieczorem.