piątek, 6 czerwca 2014

Plaże Normandii...


W Caen cudem zachowały się opactwa, zbudowane przez Wilhelma i Matyldę. Cudem, bo z normandzkich miast zbombardowanych przez aliantów zostawała zwykle sterta kamieni. 
 
Alianci byli przekonani, że operacja Overlord doprowadzi do błyskawicznego zajęcia Normandii i Bretanii. Oczekiwali oporu, liczyli się ze stratami, ale rzeczywistość okazała się dużo bardziej bolesna. Caen miało być zajęte w dniu lądowania, 6 czerwca. Potem - Brytyjczycy zatrzymali się tuż pod miastem - przesunięto ten termin o kilkanaście dni. Tymczasem port w Cherbourgu, równie ważny, a może ważniejszy, nękany przez naloty bombowe, baterie okrętowe, jak również od strony lądu - został poddany po trzech tygodniach, lecz był tak zrujnowany, że nie nadawał się do użytku bez odbudowy. 
 
Niemiecka obrona w rejonie Caen nie dawała Brytyjczykom szans. Linia frontu stanęła, niwecząc ambitne plany. 7 lipca miasto zostało zdruzgotane dywanowym nalotem, tysiące ton bomb spadły na jego północną część. Bomby zrzucano tak, by nie narazić I korpusu brytyjskiego. Po dwóch dniach bombardowanie powtórzono. Ostatecznie zajęto Caen 19 lipca.

W Memorial de Caen dzień lądowania aliantów jest pokazany w piętnastominutowym filmie - symultanicznie zmontowane obrazy z obu stron frontu. Wstrząsające ujęcia z krwawej plaży Omaha: z nisko lecącego samolotu widać żołnierzy, którzy biegną i padają, biegną i padają... Niskie wydmy nad plażą nie dają żadnej ochrony, nie ma tu martwego pola, w którym można by się ukryć. 

Wojenne cmentarze w Normandii to dziesiątki tysięcy grobów.

Jedziemy wzdłuż tych plaż: najpierw Most Pegaza, zdobyty w spektakularnej akcji komandosów. Niedaleko pola, na których lądowały transportowe szybowce. Potem plaże: Sword, Juno, Gold, Omaha, Utah.

To powinno być rano, w deszczowy dzień.

Patrzę na morze. Nie muszę nawet wysilać wyobraźni, by tam być. Nie tam: tutaj. Szóstego czerwca rankiem, tamtego roku.
 
Jest pochmurno, pada drobny deszcz. Sztorm minął, ale pogoda może się wkrótce załamać. Morze aż po horyzont pokrywają okręty, barki, łodzie desantowe. Jeszcze nie zaczął się przypływ i na przybrzeżnych wodach widać słupy minowe, a bliżej przeszkody i zapory, czeskie jeże i belgijskie wrota. Plaża jest zaminowana.

Na wzniesieniu, ponad plażą rozmieszczono stanowiska karabinów maszynowych i schrony baterii. Nie zostały zniszczone, nawet uszkodzone, bo piloci Liberatorów podczas przygotowawczego bombardowania nie zeszli poniżej pułapu chmur i zrzucili bomby, gdzie popadło.

Pancerniki, krążowniki i niszczyciele prowadzą ostrzał artyleryjski. Morze jest wzburzone i wciąż panuje mgła, co uniemożliwia prowadzenie celnego ognia z barek desantowych. Silny wiatr i wysokie fale sprawiają, że podczas opuszczania barek transportowych czołgi - amfibie toną.
Potem saperzy. Połowa z nich zginie, zanim dotrą na ląd. Zdziesiątkowana ekipa usiłuje likwidować przeszkody przeciwczołgowe na plaży. Muszą się spieszyć, lada chwila zacznie się przypływ.

Na koniec szturmowe łodzie desantowe: zziębnięci, przemoczeni, cierpiący od wielu godzin na chorobę morską żołnierze, każdy z ekwipunkiem ważącym trzydzieści kilogramów. Co czują oprócz śmiertelnego przerażenia? A potem, gdy barka tonie, a inne nawet nie zatrzymują się, by ich ratować, bo taki jest rozkaz? Kiedy udaje im się dobrnąć do plaży i widzą rzeź, która się tam odbywa, czy nie pragną wrócić w morze, ukryć się w nim...

Dawno, dawno temu wojna była przygodą. Dwudziestowieczna wojna jest rzezią, niczym więcej. Totalnym piekłem. Być żołnierzem na froncie: paniczny lęk lub chore podniecenie walką na przemian z godzinami nudy.
Imponująca operacja, wymagająca długotrwałych przygotowań: tak, to naprawdę robi wrażenie. W dodatku udało im się całkowicie zaskoczyć Niemców. Tak, to była konieczność. Wiem. I jeśli pytam o sens, to nie o sens tej bitwy.


Tego dnia niebo umyte deszczem jest prawdziwie normandzkie: z obłokami, które co chwila zasłaniają słońce i wiatrem, który je przegania. Ku wieczorowi chmury przybierają odcień fiołkowy, najpierw od spodu, potem coraz wyżej. 
Pointe du Hoc: udaje nam się zdążyć tuż przed zachodem. Powietrze jest przejrzyste, wręcz wyostrza kontury przedmiotów. Morze ciemne, zimne, z ostro zarysowaną linią horyzontu. Kiedy stoimy na Pointe du Hoc, a kula słońca ginie za wąskim konturem półwyspu Cotentin, spowijając wszystko złotą poświatą, niebo nad nami jest wysoką kopułą pokrytą szarofiołkowymi i gołębioniebieskimi chmurami. Przez lornetkę widać wyspy St. Marcouf i wysoką wieżę kościoła gdzieś na północno-wschodnim krańcu Cotentin - w Anneville-en-Saire? Ponad 30 kilometrów stąd.

Cały teren - trawiasty płaskowyż nad klifem - mieści kilkanaście obiektów stanowiących niemieckie fortyfikacje. Część z nich całkowicie zniszczona. Kilkumetrowe leje są pozostałością po bombardowaniu. Przylądek został zdobyty przez oddział rangersów, wyposażonych w sprzęt do wspinaczki (drabinki wystrzeliwane w górę, na szczyt klifu). Mimo początkowego sukcesu, na skutek braku wsparcia, po dwóch dniach z 225 żołnierzy żyło już tylko 90.

O zmierzchu na trawie harcują dzikie króliki, a kiedy podchodzimy, chowają się w ruinach schronów. Pointe du Hoc jest piękny na swój osobliwy sposób: czy sprawia to pustka i cisza owego miejsca, gdzie o tej porze jedynym dźwiękiem jest ryk morza na skałach? Leje po bombach, zdeptana trawa i zwały betonu. Wysokie niebo, lśniące morze i pas lądu na zachodzie. 

 

Nie tylko tutaj fortyfikacje Wału Atlantyckiego wpisują się w pejzaż z zadziwiającą harmonią. Bateria w Longues-sur-Mer, również na płaskowyżu nad klifem, Azeville w głębi lądu, na południu Cotentin.

Wąska droga wspina się wśród nadmorskich mokradeł, pośród rozrośniętych żywopłotów - jakże dały się we znaki Amerykanom! - aż doprowadzi nas do szczątków potężnej niegdyś baterii. Strop schronu zapadł się w wyniku wewnętrznej eksplozji i tylko nawis osłaniający niegdyś działobitnię sterczy w niebo. 


Wówczas droga była zamknięta szlabanami, otoczona pasami zasieków, na stokach wzgórza rozmieszczono Tobruki: otwarte od góry stanowiska ogniowe karabinów maszynowych, zapewniające bezpośrednią obronę schronu ciężkiej armaty Skoda, kaliber 210 mm, zasięg 23 kilometry.
Z działobitni widać plażę, wioskę i granitowy kościół z dzwonnicą o strzelistym hełmie krytym łupkiem, a dalej, w błękitnawej mgiełce, inne wioski i kościoły, i falochron z regularnie rozmieszczonymi tradytorami broni maszynowej. Przez lornetkę można zobaczyć nawet ludzi na plaży i osły, bydło i konie pasące się na podmokłych łąkach.

Bateria trzymała pod ogniem plażę Utah i częściowo Omaha...

Załoga broniła się przez tydzień, skutecznie ostrzeliwując flotę inwazyjną, jednocześnie odpierając szturmy amerykańskich rangersów. W noc inwazji zrzucono na nią 500 ton bomb. Nie uszkodziły trzyipółmetrowej grubości stropów. Co czuli żołnierze, zamknięci w kazamatach? W nieustannym ogłuszającym huku, ciemnościach, dymie i zaduchu, bo na początek zawsze wysiada wentylacja. Ziemia się kołysała, a beton nad głowami mógł przygnieść ich w każdej chwili. Największe bomby tworzyły trzydziestometrowe leje. 
 
Gdy po kilku dniach i nocach rangersi zlikwidowawszy Tobruki podpełzli wreszcie pod schrony z miotaczami, jej dowódca wezwał sąsiednią baterię do położenia ognia na niego!

Po tygodniu pod osłoną nocy dowódca wyprowadził załogę z okrążenia, pozostawiając w schronie dowodzenia ciężko rannych swoich i jeńców z sanitariuszem.

Dwie grupy bojowe na tydzień zablokowały jeden z głównych kierunków inwazji, który miał przeciąć półwysep. Gdyby nie przedziwny splot okoliczności, który sprawił, że większość niemieckich dowódców była w dniu „D” poza swoimi jednostkami, oraz głębokie przekonanie naczelnego dowództwa, że prawdziwa inwazja nastąpi raczej w okolicach Calais, alianci mogliby zostać zepchnięci do morza w ciągu 24 godzin. Jak daleko doszłaby wówczas Armia Czerwona?

Jest chłodno i słonecznie, późne popołudnie. Morze ciemnogranatowe pod wyblakłym niebem. Z Morsalines oglądamy przez lornetkę Pointe du Hoc, jego jasny występ skalny wyraźnie się odcina od lądu. 
W Barfleur niewielki port; zaczyna się przypływ i żaglówki stoją w wodzie, lśniącej i metalicznie niebieskiej - jak się nazywa ten odcień między błękitem a granatem? Ostatnia godzina dnia to także złote światło na murach potężnego kościoła o dwóch wieżach zwieńczonych balustradą. 
 
I jeszcze do latarni, wkrótce ósma. A potem, wracając o zmierzchu, zobaczymy zamkniętą na głucho bramę do tajemniczej, opuszczonej posiadłości, a za nią drogę, której końca nie widać. Normandia jest też miejscem, gdzie mieszkają duchy i demony.

Fragmenty szkicu Normandia  - Kwartalnik Literacki Kresy nr 57/58

1 komentarz:

  1. malo jest miejsc gdzie historia tak wryla sie w ziemie. Doslownie. I na szczescie te slady sa pozostawione sobie a nie niszczone...

    OdpowiedzUsuń