środa, 25 marca 2015

Colmars: twierdza w Alpach




Do Colmars pojechaliśmy w ostatnich dniach maja 2008 z nieodległego Forcalquier.




Nie tylko ze względu na miłość do fortyfikacji, ale także dlatego, że para naszych przyjaciół spędziła tu niegdyś kawał swojego życia.



Pogoda była niepewna, jak to zwykle w górach. 







Choć miasteczko (dla Francuzów wieś, village, licząca 400 mieszkańców) leży na wysokości 1230 metrów n.p.m., otaczają je wysokie Alpy - to tam rozbił się wczoraj airbus linii Germanwings.




Colmars leży w dolinie rzeki Verdon, której źródła znajdują się dalej na północ.






Średniowieczne miasto powstało za czasów hrabiego Prowansji Rajmunda Berengara V. 


Od północy i południa strzegą go dwa nowożytne już forty: Fort Desaix


 i Fort de France








Deszczowa Prowansja też jest piękna.



czwartek, 12 marca 2015

Ja, Donna. Z pamiętnika (13)



HAU!!! Jedziemy na wycieczkę!
Niespodzianka! Bieszczady! Tu jest stromo i ślisko.

  

Tata przyjechał na Święta i dostałam prezenty. Ale najlepsza była Wycieczka!



Trwała tylko 2 dni, ale się wybiegałam! Poznałam świetne dzieciaki.






Byliśmy na Połoninie. Mama w ogóle  nie ma kondycji i trochę się o nią martwiłam.


 
Potem ratowałam Mamusię, bo na Połoninie wiał straszny wiatr i mogła spaść w przepaść...



No, tak myślała, i bała się, ale przecież Ja byłam przy niej, prawda?












 Bawiłam się z Tatą.



Uwielbiam Góry!












I zimę. Pasjami.


 

wtorek, 10 marca 2015

Cantare necesse est

Kos na wierzchołku brzozy wyśpiewuje swoją piosenkę. Zaczął już w lutym, tak ciepłe i słoneczne były dni. Początkowo śpiewał krótkie zwrotki, zacinał się,  jakby niepewny swoich umiejętności. Teraz śpiewa coraz piękniej, dłużej, dodaje zabawne ozdobniki. Nie było go tu w poprzednich latach, pewnie jest jeszcze młodziutki. Chciałabym, by przetrwał tutaj ze swoją partnerką, nie dał się kotom i srokom, wyprowadził młode.

Kocham kosy. Ich radość życia. Ich upór, by przekrzyczeć ruch samochodowy na największych miejskich skrzyżowaniach. Ich połyskliwe pióra, żółte dzioby, zwinny lot.

Nade wszystko - ich śpiew.

Tak, bywają tu wilgi i czasem do nich gwiżdżę fiju-fiju, a one odpowiadają; są sikory, wróble i mazurki, pokrzewki i grubodzioby. Zimą stada kwiczołów cicho świergocąc grasują w jarzębinie i głogach. Są gawrony, ale któż oprócz mnie ich słucha, gdy śpiewają swoją słodką, godową pieśń? Kawki nawołują dziecięcymi głosami. Stada jerzyków krzyczą pod wieczornym niebem. Widziałam wielkiego, czarnego dzięcioła i małego dzięciołka, cicho stukającego w gałąź lipy.
Są też sroki, te piękne rozbójniczki.

Czy coś brzmi piękniej niż ptasi chór? O świcie słuchałam go w Prowansji, w południe w Burgundii

Ptasi solista - kos - jest wyjątkowy. A raczej wyjątkowy jest każdy z kosów, bo każdy śpiewa swoją własną, niepowtarzalną piosenkę. Są wśród nich geniusze, są też średnio uzdolnieni, ale nawet oni nigdy nie tracą zapału. 

Ulubionym moim kosem był ten za oknem mojej mamy, od lat wyśpiewujący długie wieczorne arie. Słuchałam go,  niestrudzonego śpiewaka, przez telefon. Chyba nigdy potem nie słyszałam tak wspaniałej pieśni.

W Brukseli kos śpiewał w ogrodzie od świtu, jeszcze w ciemnościach. Początkowo brałam go za słowika. Budziłam się i z szeroko otwartymi oczami słuchałam nocnego artysty.



W wieczornej ciszy Avallon jego głos spływał na mury, dachy, tarasowe ogrody, gdy niespiesznie spacerowaliśmy ulicami.

Najbardziej jednak wzruszył nas i rozbawił kos z Zwickau. Straszliwa ulewa, przed którą uciekliśmy z Drezna, dopadła nas tutaj, już w hotelu. Zwykle dawał koncert o 19.00, słuchaliśmy go już nieraz. Ale w strugach deszczu, wśród grzmotów i błyskawic, jak tu przycupnąć na drzewie? Nie spodziewaliśmy się go usłyszeć - nie tym razem.

I nagle go słyszymy. Przerywany grzmotami, wśród dudniącej ulewy - śpiew kosa. Nie przysiadł na drzewie - chowa się pod samochodami na parkingu i głośno, bardzo głośno śpiewa. 

A w przerwach złorzeczy pogodzie, dobitnie wyrażając swoje zdanie!



czwartek, 5 marca 2015

Ja, Donna. Z pamiętnika (12)


Mam nowego chłopaka!
Ma na imię Ross. Ciacho, co nie?
Lubimy razem biegać i uprawiać zapasy! 


Przyjechał Tata. Bardzo się ucieszyłam, bo to była NIESPODZIANKA!!! Ale ta druga Donka, ta niegrzeczna ( ona naprawdę nazywa się Doda ) bardzo nabałaganiła. 
I kto to teraz posprząta?



Nie uwierzycie! Znowu jesteśmy na Konferencji z Tatą!
I z Mamą!

W Toruniu.

Widzicie, co mam na szyi? Tak! TO MÓJ IDENTYFIKATOR!!! 


To ja, Donna -
Pies Forteczny!

 

Pierwszego dnia słuchałam wykładów na Konferencji w Forcie IV. A głównie zawierałam znajomości. Następnego dnia zwiedzaliśmy inne Forty. I wykąpałam się w Fosie.  Bo jestem Psem Fortecznym, a one tak robią, nawet w listopadzie. 





Nocowaliśmy u naszych Przyjaciół. Oni lubią psy, ale Dakota (ich suczka) i ja nie chciałyśmy się polubić. Po prostu byłyśmy zazdrosne. Suki tak mają. I już.

 






  
Po południu Wujek i Tata odwieźli nas na dworzec. Było tam mnóstwo ludzi i wszyscy się spieszyli. My też.

 








WSTYDZIŁABYŚ SIĘ, MAMO!!!

niedziela, 1 marca 2015

Ja, Donna. Z pamiętnika (11)





Konferencja w Srebrnej Górze się skończyła, ale my zostaliśmy jeszcze dwa dni. Jeździliśmy na Wycieczki.


Zatrzymaliśmy się w  Kudowie na obiad w restauracji Amalia - i to ja pierwsza dostałam miskę z wodą! Bardzo lubimy to miejsce bo tam lubią psy ( w hotelu też!) i mają dobre jedzonko. 





 

Potem poszliśmy do Błędnych Skał! 

Tam można się zgubić! Ja na pewno bym się nie zgubiła, ale nie chcieli mnie spuścić ze smyczy.






 
A następnego dnia byliśmy w Świdnicy - i wiecie co? Tam  w restauracjach też lubią psy!!! 


 

W słońcu: Wrocław

Byłam tu kilka razy zaledwie, nie licząc przejazdów tranzytem.
Na seminarium filmowym, nie pamiętam już jakim. Na koncercie Paco de Lucii w Hali Stulecia, przed wielu laty. Na "Walkirii" w tejże hali, nie tak znowu dawno. W drodze na imprezy filmowe w Jeleniej Górze czy Karpaczu, gdy zatrzymaliśmy się u naszego nieodżałowanego Przyjaciela, Rysia Uklańskiego, i z Nim wędrowaliśmy po muzeach i kościołach, byliśmy w filharmonii ("Concierto de Aranjuez"!) a na koniec w jego maleńkiej kawalerce na poddaszu (dziś powiedzielibyśmy o niej studio)  do rana piliśmy bimber ( a raczej Rysiową nalewkę niezwykłej zacności) i gotowaliśmy kolację (też do rana).

Zawsze było zimno, wietrznie i mokro.

Tym razem - wbrew porze roku i wszelkiej logice - Wrocław lśnił w słońcu.

 
























Ładne wspomnienie o Rysiu: tu

Przeciwności

Każdy dzień bez nowych problemów to dzień darowany, powtarzałam sobie, wiedząc, że wkrótce nadejdą. Zbierałam siły. Codzienne radości dodawały mi sił - wiedziałam, że będą  potrzebne, mnie i moim bliskim.



Ta chwila nadeszła. Na szczęście nie byłam sama. Oprócz ludzi była ze mną książka, nieprzypadkowo zabrana w podróż, która pewnego wieczoru otworzyła się na tej stronie:
"przyjmowanie przykrości i przeciwności życia, które nieustannie spadają na głowę, jako nagród, wyróżnień budzących radość, gdyż tylko one są drogowskazem wiodącym do spokoju, pogody, uciszenia. Dlatego to, co pospolicie nazywa się ciosem (...) nauczyłem się przyjmować w ten przewrotny, powiedziałby ktoś masochistyczny sposób. Właśnie z zadowoleniem i miłym dreszczykiem na plecach, mówiącym: a więc żyjesz, czujesz jak dotyka cię życie, właśnie się objawiło, przemknęło nad tobą, oberwałeś, trzepnęło cię, uderzyło, szturchnęło, musisz stawić mu czoła (...) Za każdą taką próbą rośnie w tobie spokój, coraz mniej się miotasz, coraz łatwiej znajdujesz rozwiązania, stajesz się nietykalny, odporny, czujący, a niewrażliwy, wewnętrznie niezależny od losu (..) Zanurzony w życiu i przez nie niesiony, zarazem sam decydujesz o stopniu zanurzenia, o kierunku żeglugi. Tak bliski tej rzeki i wydany na nią, zarazem od niej wyzwolony".

Macieja Kuczyńskiego czytałam jako dziewczynka, jako że dziewczyńskie lektury nie były w moim guście. Zwłaszcza barwna, okrutna baśń "Gwiazdy suchego stepu"  pozostała mi w pamięci.

"Podróż" to opowieść niezwykła. To wędrówka przez własne życie  i przez świat, achronologiczna, rządząca się wewnętrznym porządkiem myśli i skojarzeń. Fascynujące, pełne przygód życie   podróżnika i pisarza. I mądrość człowieka, który pozostaje w głębokiej więzi z przyrodą, pełen szacunku i zachwytu.

Nad przepaścią