poniedziałek, 4 lipca 2016

Chwila w Krakowie: Tempel

Tylko jeden dzień: koncert, spacer, wystawa.
Początek Festiwalu Kultury Żydowskiej.








Kantor Benzion Miller jest tu co roku.





Charyzmatyczny i pełen uroku.


















Przed wieczornym koncertem w synagodze Tempel.







Obiad w Młynku, kolacja w Nolio, wino na Placu Nowym.
Noc tam gdzie zawsze, przy cichej ulicy na Kazimierzu.
Po prostu Kraków.

piątek, 24 czerwca 2016

Uratowany

Uratowany.
Przed torturami i śmiercią w niewyobrażalnych męczarniach.
Z rąk sadystów, amatorów psiego mięsa.

Pytanie w jego oczach.

Czy mogę ci zaufać? Kim jesteś? Nie skrzywdzisz mnie?
Widziałem śmierć moich braci. Słyszałem ich skowyt. Nikt nie powinien tak umierać.
Bardzo się boję.
Ty nie jesteś rzeźnikiem, prawda?


#STOPYULIN #SAYNOTODOGMEAT #STOPBOKNAL

niedziela, 19 czerwca 2016

Czarny anioł nad Lublinem

- Grał jak anioł - mówię, gdy wychodzimy o zmierzchu przed lubelski zamek.
- No co ty, on miał w sobie energię niemal diabelską.
- Nie słodki aniołek, lecz potężny anioł. Który czasem muska cię skrzydłem, a czasem uderza mieczem.

Muzyka spływała z jego palców jak wodospad, jakby się w nich rodziła.
W sekundę przechodził od szeptu do grzmotu.

Piękny, w czarnej rozpiętej pod szyją koszuli.
Gdybyśmy cofnęli się o 150 lat, kobiety mdlałyby na sali.*

Georgijs Osokins zagrał także to...



* co byłoby tym bardziej prawdopodobne, ze w galerii malarstwa polskiego było gorąco jak w ...

sobota, 18 czerwca 2016

Psy i ludzie: w literaturze, subiektywnie


To one były pierwszymi istotami, które powitały mnie w domu po narodzinach. Trzy psy przyszły na pięterko i stanęły przy łóżeczku, zafascynowane nowym człowiekiem.
Była wśród nich suczka, która w dniu moich narodzin została matką. Jej jedyna córka, moja bliźniaczka, została komuś oddana. Nie wiem, jak miała na imię ani jaki był jej los.

Czytałam od zawsze. Mamusiu, jak to literka? pytałam. Aż któregoś dnia, stojąc na przystanku z mamą i ciocią, wysylabizowałam: d-e-l-i-k-a-t-e-s-y. Ku ich bezbrzeżnemu zdumieniu. Miałam cztery lata.

Samotne dziecko i książki. Wiersze, bajki, opowieści zwierzętach. Potem powieści podróżnicze i przygodowe. Wędrówki palcem po mapie. Nie czytałam prawie dziewczyńskich powieści, a jeśli czegoś nie lubiłam, to nie i już. Jeśli kochałam, czytałam wielokrotnie.

Jak zatem wybrać książki, o których mam opowiedzieć? Jedyny możliwy wybór, to ten subiektywny.

I pojawia się myśl, że przecież nasza relacja z psem, to w istocie trzy najważniejsze momenty.

Spotkanie. Bywa wyzwaniem, próbą naszego charakteru, sprawdzianem, czy jesteśmy gotowi sprostać własnym wyobrażeniom o tym, kim jesteśmy.

Podróż. Ta dosłowna i ta metaforyczna. Z całą różnorodnością relacji, w jakie wchodzimy z przyjacielem. Podróż, w której najważniejsza jest nasza uważność, bo pies ofiarowuje nam swoją bez wahania.

I pożegnanie. Utrata.




Jeśli chcecie, posłuchajcie. Nie dałam Beacie wielu okazji do zadawania pytań. Obie kochamy psy, wiec mam nadzieję, że mi to wybaczy.

niedziela, 5 czerwca 2016

Droga marzeń: w stronę Rodanu

1 października 2009 jechaliśmy z Nicei pod Paryż. Bocznymi drogami, zatrzymując się tu i tam.
Za Die zobaczyliśmy taką scenkę.


A potem ten donżon, górujący nad miastem Crest.


Imponujący!




















Nie mieliśmy już czasu na zwiedzanie. Ale spotkaliśmy takie stwory.




















Reklamują ser!

Blask kamienia: katedra Notre Dame w Die

Krótki postój w długiej podróży. 



Katedra z XII wieku zrekonstruowana w XVII wieku ze względu na duże zniszczenia z czasów reformacji.




Fotografie z 1 października 2009 roku.





Milczenie goryli


Drogi Thane, współczuję ci, że byłeś zmuszony bronić czegoś, co równie dobrze mógłbyś potępić. Starałam się dokładnie przyjrzeć temu, co się zdarzyło - wydaje się, że goryl otacza ramieniem dziecko - jak samica, która uratowała i oddała dziecko w Chicago. To katastrofalna strata dla zoo i dla goryli. Jak zareagowały pozostałe? Czy pozwolono im go zobaczyć, wyrazić żal, co jest tak bardzo ważne. Wyrazy współczucia Jane”

Pisze to wielka dama. Nie oskarżając. Wszystko, co należało powiedzieć, jest między wierszami. W każdym zdaniu jest żal. Jane Goodall, która całe życie poświęciła szympansom, wie o naczelnych więcej niż ktokolwiek. Dyrektor zoo w Cincinnati - który z kamienną twarzą mówi, że gdyby jeszcze raz miał decydować, postąpiłby tak samo i wydał polecenie zabicia Harambe - ma świadomość, że goryl chronił dziecko, które wpadło do fosy, i że w podobnych wypadkach dzieci nie ucierpiały ze strony goryli. A jednak nie ma wątpliwości.

Przywoływana przez Goodall samica to Binti Jua. W 1996 roku w zoo w Chicago chłopiec wpadł do fosy. Gorylica wzięła go na ręce i zaniosła do wyjścia, by oddać opiekunowi...
Jest jeszcze Jambo z zoo na wyspie Jersey. Gdy w 1986 roku chłopiec wpadł do fosy, goryl podszedł i dotknął go, sprawdzając, co się stało. Potem odpędził stado. Jeden z młodych samców próbował bronić terytorium, gdy trzej mężczyźni zeskoczyli z muru, ale nikt go nie zabił. Dziecko zabrano.

Harambe miał 17 lat. Do ubiegłego roku żył w zoo w Brownsville pod opieką Jerry'ego Stonesa:
"Był jak jeden z moich synów. Piękny i z charakterem - figlarny i nieagresywny. Polewał wodą opiekunki i ukrywał się z tyłu wybiegu „Ha-ha, mam cię”. Zabierał koc opiekunom i po prostu uciekał. Bardzo kochał zabawę i był inteligentny (…) Kiedy był bardzo młody, miał zaledwie 20 funtów, zabraliśmy go do trawiastej zagrody o szklanych ścianach. Wspinał się po ścianach, starając się uciec, ale opiekunowie oczywiście łapali go za każdym razem. Harambe był inteligentny, rozumiał, że to była gra. Gdy wspiął się na ścianę, nie spieszył się, a jego spojrzenie mówiło "Chodź i weź mnie". Albo klaskał w ręce i spadał do tyłu, a oni go łapali (…) Pewnego razu daliśmy Harambe za długą gałąź. Zjadł liście, korę, a następnie wspiął się na szczyt i zgasił wszystkie światła na wybiegu”. 
 
Stones nie ocenia decyzji o zabiciu goryla. Płacze, ale nie ocenia. A jednak mam pewność, że gdyby to od niego zależało, postąpiłby inaczej. Ponieważ nic nie wskazywało na to, że Harambe zamierza skrzywdzić dziecko. Trzymał chłopca za ręce, a następnie zabrał go z dala od wrzeszczącego tłumu.

***

Kilka razy w życiu byłam w ogrodach zoologicznych. Wychowana na książeczkach o zwierzętach uwierzyłam, że w zoo nie dzieje im się krzywda. Każda wizyta była rozczarowaniem. Te ostatnie utwierdzały mnie tylko w przekonaniu, że takie miejsca nie powinny istnieć.
Smutne niedźwiedzie na zewnętrznym wybiegu w Warszawie.
Piesek dingo w Warnie, w klatce wielkości kuchennej szafki.
Biały niedźwiedź w Chorzowie, w głębokim betonowym suchym basenie, zupełnie sam.
Niedźwiedzie himalajskie w Berlinie, na skalistym wybiegu z kikutem drzewa.
Onanizujący się szympans w Saint-Jean-Cap-Ferrat.
Nie widziałam tam szczęśliwych zwierząt. Stereotypia: wielkie koty krążące po ciasnych klatkach, słonie przestępujące z nogi na nogę, ptaki wydziobujące sobie pióra. Trzeba być ślepym albo nieczułym, by nie dostrzegać ich cierpienia. W najlepszym przypadku jest to nuda.

Nikt mnie nie przekona, że ogrody zoologiczne powinny istnieć.

***

Niczego nie uczą. Chyba tylko tego, że można zwierzęta zniewolić.
W imię „nauki” zabijają zwierzęta: w Kopenhadze zdrową, dwuletnią żyrafę i rodzinę lwów. Mimo protestów z całego świata i ofert relokacji zwierząt.
Ich utrzymanie jest wielokrotnie droższe niż zapewnienie bezpieczeństwa zwierzętom żyjącym na wolności, w parkach narodowych.

W XIX wieku w ogrodach zoologicznych pokazywano ludzi. Traktowano ich jak jarmarczną atrakcję.

Słyszeliście o Saartjie Baartman? O „Hotentockiej Wenus”? Zabrana do Europy, traktowana jak rzecz, odarta z godności nawet po śmierci - zmarła mając 25 lat… Trzeba było prawie 200 lat, by jej szczątki, traktowane jak muzealny eksponat, zostały pogrzebane.

Ci, co chodzili na pokazy, patrzyli na nią jak na zwierzę.

***

Dla zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka” - Izaak Bashevis Singer.

Auschwitz zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta” - Theodor Adorno

Zaprawdę, człowiek jest królem zwierząt, gdyż przewyższa je w okrucieństwie" - Leonardo da Vinci

***

Nie mówią? Mówią do nas nieustannie. Proszą, skarżą się, płaczą, krzyczą. Uciekają z transportów, by zginąć od kul policyjnych. Patrzą błagalnie, liżąc ręce oprawców w laboratoriach.

Nie mówią? Gorylicę Koko nauczono mówić. I teraz już nie można twierdzić, że między nami a światem zwierząt jest przepaść. Koko nie nauczono być sobą, ona sobą była od początku. Inteligentną, wrażliwą, kochającą istotą. Jak Harambe.






sobota, 21 maja 2016

Oczy dziecka

To mogłoby być inne miasteczko - Krasnystaw, Hrubieszów, Włodawa - gdzie żyli obok siebie ludzie posługujący się różnymi językami, wyznający różne religie. Sąsiedzi. Obcy, ale - zdawałoby się - w jakiś sposób sobie bliscy. Choć ksenofobia wpisana była w ich sposób widzenia świata, nie uzewnętrzniała się w ostrej formie. Niechęć, obojętność, rzadko jawna wrogość. Czego trzeba było, by stała się zarzewiem konfliktu? Co musi się zdarzyć, by stało się Jedwabne?

Z książki Romanowskiego tego się nie dowiemy. Pińsk w jego powieści jest rajem dzieciństwa - dzieciństwa ułomnego, bo naznaczonego śmiercią rodziców, których jednak zastępują ciocia, wujek i stryjek. Jest miejscem pierwszych miłości, przyjaźni, stopniowego poznawania świata dorosłych. To świat wielojęzyczny, wielokulturowy. Obok Polaków zamieszkuje go duża społeczność żydowska, a także Poleszucy - Białorusini. Jest też polski Tatar, pan Abdulowicz.

Do tego miasteczka w podkutych butach wkracza historia. Ujawniają się dawne konflikty i animozje. Są tacy, co będą współpracować z okupantem - sowieckim, a potem niemieckim. Tamten świat był podszyty kłamstwem. Była w nim ukryta nienawiść. 
 
Wszystko to oglądamy oczami dziecka: jak przez oddalającą stronę lornetki, jak w miękkiej mgiełce odległego wspomnienie. Przedmioty tracą ostre kanty, uczucia nie mają już tej mocy obezwładniania. Poczucie straty już tak nie boli. A przecież pozostają obrazy: żydowskiego chłopca ukrywającego się na bagnach, żydowskiej dziewczyny krzyczącej: Ich bin Judin!, bosych stóp powieszonego przyjaciela, królika przybitego do płotu.

Marek patrzy uważnie, obserwuje. Gdy zostaje sam z ciocią i małą Tereską, gwałtownie dorasta. Zajmuje się spekulacją, lecz jego samodzielnie podejmowane działania kilkakrotnie omal nie doprowadzają do katastrofy. Uczy się świata dorosłych. Ta nauka jest bolesna: wszystko, co kochamy, musimy utracić.

A przecież jest to powieść urzekająca. Uroda języka, jego zmysłowość, plastyka. Niespieszny tok narracji, zatrzymywanie się na przedmiotach. Atmosfera zaułka i maleńkiego podwórza, w którym odbija się szaleństwo otaczającego świata. To podwórze trwa, choć zmienia się wszystko: znika stryjek, potem wuj, introligator Gold z rodziną zostaje zabrany do getta. Giną sąsiedzi, czasem pozostają po nich przedmioty, które zdążyli sprzedać. W domu kwaterują obcy wojskowi. 

A przecież trwa dom, drzewo orzecha, choć martwe i - ostatni obraz powieści - dym z komina, znak, że ciotka rozpala ogień pod kuchnią. 


Zbigniew Romanowski: Cień jaskółki

 

Polowanie




Kiedy po raz pierwszy zwróciłam uwagę na malarstwo Teresy Roszkowskiej? Będąc w Muzeum Narodowym na którejś dużej wystawie zajrzałam do galerii malarstwa, chyba właśnie na nowo zaaranżowanej. Może podczas wystawy Sztuka cenniejsza niż złoto?

Polowanie urzekło mnie i poruszyło. Emocjonalną aurą i echami quattrocenta. Przyszedł mi do głowy Paolo Uccello, potem Pisanello i Piero di Cosimo. A także wyraz plastyczny włoskich fresków tego czasu.
Roszkowska wypełnia kolorem uproszczone sylwetki koni z jeźdźcami, psów i zwierząt o wyrazistym rysunku. Nie ma tu iluzji realizmu. Jej paleta jest odmienna niż u Uccella w Polowaniu w lesie z oksfordzkiego Ashmolean Museum. U włoskiego artysty barwy są nasycone: głęboka zieleń oraz czerwień - kolor krwi, chwały, tryumfu. Jego obraz to zabawa plastyczna, ćwiczenie w nowo odkrytej sztuce linearnej perspektywy: rytmiczne rzędy drzew, jeźdźcy pędzący w głąb obrazu. Jednocześnie pewna statyczność, zatrzymanie w ruchu.
Paleta Roszkowskiej nie przypomina też Wizji świętego Eustachego Pisanella z National Gallery - tam dominują rdze, brązy i zgaszone żółcie. Na jej obrazie jest zima, pora okrutna dla zwierząt: nagie pnie drzew nie dają schronienia, a śnieg bezlitośnie wskazuje tropy.
Gdy chodzi o emocje, Polowanie jest bliższe Pożarowi lasu Piera di Cosimo (Ashmolean). Bo na obrazie Roszkowskiej rozgrywa się dramat.
W centrum widzimy most, na nim jeźdźcy - ich piękne konie przypomniały mi Bitwę pod San Romano - i psy. Nie ulega wątpliwości, że są tu panami stworzenia. Wszelkiego dzikiego stworzenia.
Las nie jest prawdziwym lasem: jak na średniowiecznych miniaturach, gobelinach czy znów u Uccella wśród drzew nic się nie ukryje. Kto może, ucieka. Jelenie, sarny pędzą przed siebie, byle dalej. Odyniec przystanął wśród drzew i patrzy, jakby się zastanawiał, czy ma jakieś szanse w tej nierównej walce. Niedźwiedzica z młodym chowa się za drzewem. Lisek usiłuje ukryć się pod mostem. Nie ma ratunku.
Jaskrawy kontrast między siłą i pewnością siebie myśliwych a bezbronnością zwierząt poraża. Tym bardziej, że obraz przypomina też ilustracje z baśni dla dzieci i może to sprawia, że nie wszyscy dostrzegają jego tragiczną wymowę. Jest pełen smutku i lęku. A także współczucia.

Współczuć: zobaczyć siebie w innych. Także w cierpiących zwierzętach.

Malarka zignorowała całą tradycję tryumfalnego malarstwa myśliwskiego ostatnich wieków, te wszystkie Wyjazdy na polowanie i Powroty z polowania, wyrazy zadowolenia z siebie mężczyzn, którzy lubią zabijać. Leżące pokotem na śniegu zastrzelone zwierzęta. Martwe natury ze zwłokami zajęcy i bażantów.
Na jej obrazie zwierzęta - choć przypominają zabawki albo postacie z bajek - są żyjącymi, czującymi istotami, śmiertelnie przerażonymi i skazanymi na zagładę. Z niedowierzaniem czytam słowa krytyka sztuki, że scena przedstawiona na obrazie jest przepojona pogodną groteską. Wiec można patrzeć na to samo i zobaczyć coś całkiem innego?

Dawno temu Wysokie Obcasy poświęciły Roszkowskiej dłuższy tekst: była niezwykłą kobietą i jak większość ludzi nietuzinkowych miała niełatwe życie, a zginęła tragicznie. Miała wielkie serce, ale niewiele szczęścia do ludzi. Opiekowała się zwierzętami.

Kazimierską wystawę w 2002 roku współorganizowało Muzeum Narodowe. Rozczarowanie: na wystawie nie było Polowania. Dlaczego? Były inne obrazy, a także projekty kostiumów teatralnych. Najwięcej prac z lat trzydziestych.
Teatr codzienności. Uliczka w Neapolu, targ choinek, wiejskie podwórko, wesołe miasteczko - wszystko jest sceną. Mikrokosmosem, w którym pracują i bawią się ludzie i zwierzaki. Radość jazdy na karuzeli; skupienie na pracach gospodarskich; znużenie i senność kwiaciarki w upalne włoskie południe. Ulubionym tematem jest wieś i małe miasteczko, potem pojawiają się pejzaże, kwiaty. Zwyczajność i radość życia.
Także jego magia. Bo ten świat ma w sobie baśniową aurę. Tłoczno i wesoło jest na tych obrazach, tylko czasem przenika je smutek i zaduma.

Nie wiem, czy można opisywać wystawę poprzez brak; może rozczarowanie nieobecnością Polowania w Kazimierzu rzuciło pewien cień na mój odbiór. Choć obrazy Roszkowskiej są urzekające. Jest w nich światło i nostalgiczna uroda przemijającego świata.

Teresa Roszkowska "Polowanie"

Melancholijna oniryczność jazzu

"Afryka z jazzem w uchu. Jazz jest zawsze Afryka. Tylko w jednym uchu, żeby muzyka mieszała się z życiem, przybliżała i jednocześnie oddalała mnie od tego, co tutaj widzę, słyszę i czuje nozdrzami poprzez spaliny z rur starych samochodów, chaotycznie pędzących po ulicach i chodnikach.
Impresje z pierwszego spaceru. "Impressions" Johna Coltrane'a. Intro perkusji jak gwałtowny, tropikalny deszcz. A potem długie frazy łkania saksofonu. Murzyński płacz. To jest zawsze blues. To jest zawsze tęsknota. To jest zawsze ból. Zawsze Afryka. Jazz jest zawsze Afryka."


Kim jest ten podróżnik? Czterdziestoletnim mężczyzną, który wyruszył na spotkanie dziecięcych marzeń? Dziesięcioletnim chłopcem, zafascynowanym lekturą "Poławiaczy pereł"
Mirko Paška? Dwudziestolatkiem uporczywie poszukującym tego, co nada życiu sens? A może każdym z nich?



Podąża ku miejscu opisanemu w książce, którą kiedyś dostał od dziadka i wielokrotnie do niej powracał. Kto w dzieciństwie czytał, ma takie lektury. Książki założycielskie, książki zbójeckie. Nie każdy jednak za nimi podąża, bo wielu z nas brak odwagi, po pójść za marzeniami. Dlatego oczarowała mnie historia opowiedziana przez Piotra Ibrahima Kalwasa, podobnie jak inne - o wędrówkach śladami lektur i fascynacji, jak choćby opowieść Rory'ego Stewarta. W pewien sposób oni wszyscy idą tam za mnie, zbyt leniwą i niezdecydowaną, nie dość odważną... 

"Zawsze mnie pociągała Afryka. To poprzez te książeczki z dzieciństwa. Na początku egzotyka przyrody, potem coraz częściej jej duchowy wymiar i głębia człowieczeństwa tutaj."

"Gdzieś to już kiedyś przeżyłem, od zawsze znalem ten świat oddalony ode mnie tylko morzem czasu" pisał Carl Gustaw Jung. Przywołuje go Olga Stanisławska w swoim szkicu o Karen Blixen. Pisze: "Blixen nie przyjechała do Afryki, żeby zaglądać do własnej duszy. Przyjechała żeby śnić, a nie żeby się obudzić". Kalwas jedzie do Erytrei, by śnić.

Afryka w "Czasie" jest taka, jaka mi się czasem śni: skwarna, niespieszna, jednocześnie otwarta i zamknięta przed obcymi, uboga i pełna tajemnic. Afryka bez wątpienia jest miejscem naszego pochodzenia, za którym nieświadomie tęsknimy. Wiem, że byłam tam kiedyś, w poprzednim wcieleniu, w skwarze pustyni, w wietrze sawanny. Dlatego tak mnie, dziesięciolatkę, zachwyciła wędrówka Stasia i Nel. Pejzaże, które skądś przecież znałam... A potem "Pożegnanie z Afryką", od pierwszych słów.

Już "Salam", pierwsza książka Piotra Kalwasa, mnie zaintrygowała. Czym? Co zwykle mnie w opowieściach urzeka? Piękna fraza. Emocje. I autentyzm. Do "Czasu", najbliższego mi emocjonalnie, wróciłam po raz kolejny za sprawą spotkania autorskiego. Lubię spotkania z pisarzami, interesują mnie ludzie: kim są naprawdę, czy ukrywają się za swoimi książkami, czy tez ryzykują szczerość (bo to jest ryzyko, wielopiętrowe). Jedni są pewni siebie i swej charyzmy, grają bezbłędnie swe role, by punktualnie po 60 minutach postawić kropkę i zakończyć rozmowę - to przypadek mojego ulubionego stylisty, obdarzonego zwierzęcym magnetyzmem Andrzeja S. Inni mówią o sobie tak naturalnie, jak oddychają, budząc od pierwszej chwili sympatię - takie były i Roma Ligocka, i Monika Szwaja, a także Jarosław Mikołajewski na spotkaniu, które znam tylko z transmisji internetowej. Piotr Kalwas nie narzucał stylu - spotkanie prowadziła dziennikarka, która sprawiała wrażenie, jakby przeczytała tylko jedną, ostatnią jego książkę. Pisarz odpowiadał rzeczowo, skromnie, uprzejmie. 
"Wszystko takie samo od zawsze. I ten upał. Zawsze upał. Duszno i parno. Żar, który przenika całe jestestwo. Lubię ten żar, bo on odrealnia".
"Czas" to opowieść zmysłowa. Podróżnik, kimkolwiek jest - a jego istnienie w czasie jest niejasne, dzieciństwo, młodość i dojrzałość przenikają się jak wówczas, gdy śnimy się sobie jako dzieci lub ludzie młodzi, i jest to równie prawdziwe, jak jawa - zmierza do miejsca, gdzie toczyła się akcja "Poławiaczy pereł".
Wędruje z jazzem w uszach - słuchając Milesa Davisa, Johna Coltrane'a, Theloniousa Monka - i w tym rytmie biegnie opowieść. Bo fraza Kalwasa jest muzyczna  - słychać w niej jazz i bluesa. Wędruje w skwarze, w słońcu, odpoczywa w ciszy gorących nocy. Smaki, zapachy, dźwięki. Śpiew derwiszy, nocna ceremonia żałobna, azan muezzina.

"Noc pulsowała, po prostu grała. Wszystko tętniło niewypowiedzianym i nieopisanym dźwiękiem. Żaby rechotały jednostajnie i rytmicznie jak tysiące kontrabasów, owady cykały i syczały jak te skwarki smażone przez czynele perkusji, jakieś ptaki zanosiły się tęsknymi zawodzeniami, jak saksofony albo klarnety."

Czytam ją tak, jakbym śniła. Czas i sen mijają niepostrzeżenie, choć zdawałoby się, że trwają. 

"Tak, znowu słyszę śpiew. Gdzieś za oknem. Boże, ileż można śpiewać?"

Są tu spotkania z ludźmi, tak piękne, że aż niemożliwe. Z ojcem Marino, z zakonnikiem Gibrilem z Debre Libanos, ze starcem Abrahą. W świecie, przez który Kalwas wędruje, ludzie okazują sobie troskę i szacunek. To świat, w którym najgorsze zbrodnie popełnili biali - Włosi z czasów Mussoliniego. Nie ma konfliktu religii, nie ma wrogości. Ta idylla dziś, po rzeziach na tle religijnym, wydaje się irrealna.   

"Gorące powietrze oplatało moją głowę pełną snów. To wszystko mieszało mi się w świadomości. Cudowne przemieszanie wspomnień, marzeń i rzeczywistości. Stan melancholijnej oniryczności, w który wprowadzam się od dziecka, bo to uwielbiam."

Bardzo to piękna książka. Bo sztuką jest pozostać dzieckiem, będąc dorosłym. Sztuką jest pozostać sobą, szanując innych. I jeszcze opowiedzieć o tym...