środa, 28 stycznia 2015

Pustelnia w Prowansji



Wśród porośniętych dębami gór Prowansji, w departamencie Var, kilkaset metrów od słynnego dwunastowiecznego cysterskiego opactwa Thoronet leży klasztor Notre Dame du Torrent de Vie.


Siostry betlejemitki  - Wspólnota Monastyczna od Betlejem, od Wniebowzięcia NMP i od św. Brunona - żyją tu od 1978 roku we wspólnocie kontemplacyjnej, opartej na regule kartuzów. Wezwane do "pobytu na pustyni", pozostają z dala od siedzib ludzkich, spędzając czas na pracy i modlitwie. Przez trzydzieści lat mieszkały w barakach.

Budynki klasztoru powstawały w latach 1991- 2000. Kościół Notre Dame de la Lumière au delà de Tout został poświęcony w 2007 roku.

Kościół klasztorny został zbudowany z ręcznie robionej czerwonej cegły, z miejscowej gliny. Jednonawowa budowla z eliptycznym w przekroju kolebkowym sklepieniem, w którym można doszukać się reminiscencji wczesnochrześcijańskich kościołów Azji Mniejszej, nawiązuje do architektury cysterskiej z jej prostotą i funkcjonalnością. Narzucona tyleż regułą, co lokalną tradycją rezygnacja z wieży dzwonniczej spowodowała pojawienie się małej sygnaturki. Gzyms pod dachem wykonano tradycyjną prowansalską metodą z wysuwanych dachówek.


Wnętrza wykończone są surową cegłą w barwie pomarańczoworóżowej ochry, elewacje różowym mineralnym tynkiem prowansalskim. 


W narteksie widać wpływ średniowiecznych kościołów pielgrzymkowych Francji.    




Rzeźba Madonny z Dzieciątkiem nawiązuje do romańskich Madonn w majestacie.






Aby zarobić na chleb, każda zakonnica poświęca pracy w swojej pustelni kilka godzin dziennie. W przyklasztornym sklepie można kupić ikony, rzeźby, ceramikę.


Architektura kościoła jest równię surowa co ponadczasowa - ma się wrażenie, iż mógł stać w tym miejscu od stuleci. 

Fotografie z 20 maja 2008 

niedziela, 25 stycznia 2015

Ja, Donna. Z pamiętnika (9)

 



Wakacje! Przyjechał Tata i jesteśmy w Zwierzyńcu.
Z nim jest super, bo dużo razem trenujemy.




Najważniejsza jest poranna  gimnastyka na spacerze. Mamy jabłka zamiast piłki!




Jest tu rzeka, ta sama co w ubiegłym roku, Wieprz. 











Wyłowić mogę, ale nie oddam! 













Nie ma to jak kąpiel o poranku!








Bardzo lubię chodzić nad Zalew.

 
Tata ma mi robić zdjęcia, więc się przeglądam w wodzie. Jest ok. 
 


Jestem u wód. To dobrze robi na ciało i psychikę. Mówię Wam, czysta rozkosz! 
 
 










 Oczywiście nie leniuchuję! 





 Fitness & wellness!











A kaczkom pokazuję, gdzie zimują raki!





Ha!









  


Na obiadki chodzimy do restauracji.



Ruskie i tagliatelle. Uwielbiam! 









Szkoda, że wakacje są takie krótkie...

Zaczytana

Spotkałam ją przed kilkunastu laty w jednej z zatłoczonych sal londyńskiej National Gallery. Na uboczu. Być może była tam podczas poprzedniej wizyty, ale wówczas ją minęłam chyba bez refleksji. Tym razem zobaczyłam Marię Magdalenę czytającą, cichutko siedząca wśród tłumu. Obok przechodzili zwiedzający, a ona była tam, nieobecna: czytała.
Siedziała na podłodze, na poduszce. Nie zwracała na nas uwagi. Czytała Godzinki, skupiona, spokojna, piękna. Obraz był jak lustro – byli tam inni ludzie, nieistotni. 


Jej smukłe palce, opuszczone powieki, półprzymknięte usta, kosmyki długich, rudoblond włosów wymykających się spod welonu, fałdy sukni, stojące obok naczynie na olejki – mówiły: jestem, ale mnie nie ma.
Nade wszystko mówiły o tym fragmenty sylwetek dwóch osób – mężczyzny w granatowym płaszczu i siedzącej kobiety w czerwieni.

Kompozycja obrazu była porażająco nowoczesna, niemożliwa w czasach Rogiera van der Weyden. Nie w połowie XV wieku. Nawet nie w wieku XIX. Jego fragmentaryczność nie była przez artystę zamierzona, lecz nieoczekiwanie stała się atutem obrazu, czyniąc zeń intymny portret, zapis chwili, metaforę życia kontemplacyjnego.

To był ołtarz na dębowych deskach, sacra conversazione z Madonną z Dzieciątkiem, świętym Józefem i świętą Katarzyną. Dwa inne fragmenty są w Lizbonie. Londyńska Maria Magdalena jest najdoskonalsza. A przecież przez wiele lat tło obrazu było ukryte pod warstwą czarnobrązowej farby...

Jeśli jestem postacią z obrazu, to właśnie nią. Zaczytaną.

Ilustracja: wikimedia


niedziela, 18 stycznia 2015

Droga marzeń: Viaduc de Millau



Pejzaż jest jak książka: opowieścią. Czasem epicką, rozległą, z oddechem. Nasyconą historią, śladami ludzi, zranioną ziemią. Bywa thrillerem, wyzwaniem dla wyobraźni i odwagi: wtedy obiecuje walkę. Czasem jest słodkim romansem, przetworzony przez mieszkańców na podobieństwo imaginacyjnego raju.


Bywa liryką: muzyką wody, oddechem połogich wzgórz, tańcem wiatru. Nie porywa, lecz skłania do zadumy. Łatwo go wtedy, pędząc przed siebie, przeoczyć.


Duszą tego pejzażu jest rzeka Tarn. Od górskich źródeł płynie przełomami, potem zwalnia, jakby rozglądała się wśród wzgórz, klucząc, by połączyć się z Garonną. Tu, w pobliżu Millau, jest piękna lecz... zwyczajna. A raczej: była.


Architektura jest muzyką w przestrzeni, niejako muzyką zastygłą.  
Friedrich Wilhelm von Schelling

Jestem krytyczna wobec ludzkiej ingerencji w przyrodę. Tu zrobiono rzecz zachwycającą. Pejzaż doliny Tarn z rozwieszoną nad nim pajęczyną wiaduktu, stał się jeszcze piękniejszy, zyskał nową wartość.


Wiadukt Millau zbudowano dla autostrady A75 nad rozległą doliną. Autostrada wiedzie przez tereny Masywu Centralnego i Sewennów, które postanowiono aktywizować gospodarczo, i jako jedna z nielicznych we Francji jest bezpłatna - wyjątek stanowi przejazd wiaduktem. 

 
Unikatowa krajobrazowo głęboka dolina rzeki Tarn mogłaby ucierpieć na skutek koniecznej - i spektakularnej - inwestycji, lecz zadbano o to, by podczas budowy zminimalizować zagrożenie dla środowiska. W efekcie zdecydowano się zbudować gigantyczny wiadukt zamiast wielokrotnie dłuższej autostrady wijącej się serpentynami po obu stokach doliny. Do konkursu zaproszono kilka słynnych biur architektonicznych w zespołach z potencjalnymi wykonawcami.


Projekt powstał w pracowni projektowej Foster & Partners brytyjskiego architekta lorda Normana Fostera. Konstrukcja - rozpięta jak wielka pajęczyna nad zieloną doliną - podkreśla urodę krajobrazu. 

Architekt projektuje dla teraźniejszości, ze świadomością przeszłości, dla przyszłości, która jest nieznana.
Norman Foster



Wiadukt, wybudowany w latach 2001 - 2004 kosztem 394 milionów euro, jest najwyższą tego typu konstrukcją na świecie, z najwyższym filarem o wysokości 343 m.
Przy budowie współpracowało 65 firm. W okresie największego nasilenia prac zatrudniały one 600 pracowników. Most podtrzymuje 7 żelbetowych, pustych w środku filarów o wysokościach od 78 do 245 m, zaś 87-metrowe pylony stanowią optyczne przedłużenie filarów i służą do mocowania want. Filary połączone są przęsłami o dł. 342 m (6 wewnętrznych) oraz 204 m (2 zewnętrzne).


Budowa tak skomplikowanej konstrukcji nastręczała licznych problemów technicznych, takich jak chociażby odlewanie z żelbetu wysokich i smukłych, cienkościennych filarów o zmiennej geometrii rzutu. Aby umieścić jezdnię na właściwym miejscu, nie użyto tradycyjnej metody, polegającej na podwieszeniu pojedynczych przęseł na gigantycznej wysokości ponad dwustu metrów. Zdecydowano się użyć bardzo nowatorskiej metody - zbudowano, a następnie nasunięto gotowe przęsła na właściwe miejsce za pomocą 64 hydraulicznych siłowników o ogromnej mocy. Przesuwały one kolejne przęsła wiaduktu, z obu stron jednocześnie, w tempie 9 metrów na godzinę. Równoczesne połączenie jezdni z przeciwległych zboczy doliny wymagało niezwykłej precyzji, a dodatkowym czynnikiem stresu był czas i ogromne kary grożące za niedotrzymanie terminów. Następnie ustawiono stalowe maszty - pylony.


Od czasów Stonehenge architekci zawsze byli w czołówce techniki. Nie można oddzielić technologii od duchowej i humanistycznej treści budowli.
Norman Foster

Do budowy mostu użyto 127 tys. m3 betonu, zaś waga stali to 36 tys. ton. Łączna waga budowli to 290 tys. ton. Szerokość mostu wynosi 32 metry. Sześciopasmowa jezdnia jest zawieszona 240 metrów nad rzeczną doliną. 

 
Byliśmy tam w słoneczny wrześniowy dzień. Najpierw obejrzeliśmy film o budowie. Potem do Millau i powrót nad rzeką. Zatrzymaliśmy się pod filarami. Wystarczy chwila, by zaobserwować ruch Ziemi. Na koniec - czas na piknik z widokiem.



Fotografie z 1 września 2006

sobota, 17 stycznia 2015

Ja, Donna. Z pamiętnika (8)

 


Kim chcę być, gdy dorosnę?
Najbardziej chciałabym być bibliotekarką. Uwielbiam książki! Najchętniej czytam te z biblioteki. Są ciekawe i tak ładnie pachną. 
Czytam bardzo uważnie. Moje ulubione to "Marianna i barbarzyńcy" oraz "Przekleństwa niewinności". Tę ostatnią przeczytałyśmy razem z Luną, ale o niej będzie potem, bo na razie jeszcze jej nie ma na świecie!
Mama się gniewała o to czytanie, ale jej wytłumaczyłam, że to książka o nas, o dziewczynkach, którym na nic nie pozwalano, tylko musiały siedzieć w domu. No i jak to się źle skończyło!!! 

 
Mogłabym też być pomywaczką. Zawsze sprawdzam naczynia przed włączeniem zmywarki. Żeby się nie zapchała. 
A na razie jestem fotomodelką. Ładnie mi w turkusie, prawda? 

 

niedziela, 11 stycznia 2015

Ja, Donna. Z pamiętnika (7)

  


 

Zwierzyniec. Ale to nie jest miejsce, gdzie są zwierzęta ( chociaż jest trochę psów i kotów), tylko takie miasteczko. 

 





Pojechałyśmy szynobusem! Miałam bilet! Ale musiałam być w kagańcu, tak powiedzieli ludzie w mundurach. Trwało to trochę za długo, ale i konduktor, i pasażerowi byli dla mnie mili, tylko jeden taki z czerwoną twarzą nie lubił psów. I z wzajemnością!




W Zwierzyńcu chodziłyśmy na dłuuugie spacery.


Jest tam rzeka i zalew.  Staw i park. I lasy.










Rzeka Wieprz jest wspaniała! Uwielbiam się w niej kąpać. Szkoda, że w domu nie mamy ani rzeki, ani morza, ani nawet małego stawu... Aha, mamy zalew, ale to trochę daleko. 

















Lubię też taplać się w błocie! 


Chętnie dałabym nauczkę temu kotu, ale mi  nie wolno. Dlaczego?


Mama spotkała w Zwierzyńcu mnóstwo znajomych. Niektórzy lubili psy, a mnie szczególnie. Bardzo lubiłam bawić się z Olą.


Ola ma chyba tyle lat co ja, ale jest dziewczynką. Dzieliła się ze mną chrupkami i kredkami, i piłyśmy razem wodę z baseniku, i biegałyśmy. Nie ciągnęłam za mocno, bo z dziećmi zawsze się bawię inaczej niż dorosłymi. 


Potem  przyjechał do nas Tata i spacery były jeszcze dłuższe. Raz mnie ukąsiła w łapę osa, ale szybko się zagoiło.


My, ziemianie...

sobota, 10 stycznia 2015

Gdy oślica ujrzała Anioła

 
Bardzo lubię tę opowieść. Być może dlatego, że utwierdza mnie  w przekonaniu, że zwierzęta są bliższe aniołom niż ludzie. Może, jak uważał Jerzy Nowosielski, są aniołami, a raczej bytami subtelnymi w kenozie?

Lubię ją także dlatego, że taki obraz anioła jest mi bliski. Anioła z mieczem, gniewnego, wojownika. Anioła Rilkeańskiego  z Drugiej elegii: Każdy anioł przeraża...co w malarstwie trudno jednak wyrazić. 


Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. Jego wyjazd rozpalił gniew Pana i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę. Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. Wówczas otworzył Pan usta oślicy, i rzekła do Balaama: „Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?” Balaam odpowiedział oślicy: „Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!” Oślica jednak rzekła do Balaama: „Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?” Odpowiedział: „Nie!” Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. Anioł zaś Pana rzekł do niego: „Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna. Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił”.



Biblia Tysiąclecia, Księga Liczb 22, 21-33
Obrazy Gustawa Jaegera i Rembrandta: wikicommons